Występ serbskiej Grupy Boban&Marko Marković Orkestar (nie orkiestra , a orkestar właśnie, choć edytor Word usiłuje mnie zmusić do zrobienia błędu) to jeden z hitów Festiwalu.
Energetyczny, jak energetyczną może być tylko muzyka orkiestr dętych i to w żywiołowym, bałkańskim wydaniu, przeniósł do sali koncertowej dawnego klasztoru, a dziś salezjańskiego ośrodka wychowawczego, klimat filmów Emira Kusturicy
Arizona Dream oraz
Underground, w których muzycy wystąpili zdobywając międzynarodową sławę.
Brawurowa gra na trąbce młodego lidera Marko Markovića (skąd on ma w płucach tyle powietrza, żeby móc na trąbce wygrać na jednym wydechu taki dłuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuugi dźwięk ?!) przeplatała się z pięknym barwą i wciąż nośnym głosem jego ojca – założyciela i pierwszego lidera zespołu, Bobana.
Na wielkiej sali wielonarodowy i wielojęzyczny tłum młodych ludzi, w tym grupa młodzieży (dziewcząt głównie) z salezjańskiego centrum w Tiranie, która przybyła wraz ze swoim opiekunem, księdzem Markiem, polskim salezjaninem.
To bardzo ciekawa grupa, bo oprócz chrześcijan są w niej i muzułmanie, których jest w dodatku więcej. Ich język - inny od wszystkich obecnych na festiwalu, wyraźne zróżnicowanie typów urody świadczące o burzliwej historii Albanii, przyciągały powszechną uwagę.
Dziewczęta przygotowały na Festiwal program tańców albańskich, charakterystycznych dla różnych regionów tego najmniej znanego kraju Europy.
Wykonały go w przepięknych strojach i w rytm nietypowej dla nas muzyki.
Co znaczy zestaw Serbowie-Albańczycy mówić nie muszę, toteż z ciekawością przyglądałem się reakcjom Albańczyków na występ zespołu Markovićów:
przede wszystkim tańczyli.
W sumie co mieli robić, pomyślałem: skoro cała sala tańczy – to i oni tańczyli, bo przecież bezsensem byłoby stać pośród rozbawionego tłumu.
Ale w pewnym momencie zauważyłem, że gdy po kolejnym utworze tłum młodzieży na sali nagrodził muzyków burzliwymi oklaskami, klaskali też Albańczycy i to nie zdawkowo, jak klaszcze się na wszelkich akademiach ku czci itp., ale spontanicznie i wręcz żywiołowo, czyli po bałkańsku.
Ha! Ależ widok! Nic, tylko sfilmować.
W chwili przerwy podszedłem do Arsida, albańskiego wolontariusza, który pracuje w Różanymstoku i zapytałem prosto z mostu, jak to jest, że Albańczycy swoim wrogom odwiecznym Serbom klaszczą?
A on mi na to, że przecież jedni i drudzy to nie żadni politycy, a normalni ludzie, którzy do siebie nic nie mają i chcą żyć normalnie.
I wtedy sobie uświadomiłem, że słowo polityk zaczyna w Europie nabierać konotacji pejoratywnej.
Inne tematy w dziale Kultura