Roztargniony Roztargniony
421
BLOG

Wspólnoty z drugiej ręki

Roztargniony Roztargniony Gospodarka Obserwuj notkę 0

Co, poza pchłami, można dostać na pchlim targu? W zasadzie wszystko: sprzęty domowe, meble i statki, zabawki, książki, stare gazety, zdjęcia, aparaty fotograficzne i adaptery, buty, ubrania, spinki i grzebienie, maski, lupy i kapelusze. Wszystkie przedmioty, które potrafią mieć drugie życie – ale i całkiem jednorazowe: świeże soki z pomarańczy, zapiekanki, baloniki, pańską skórkę. Przychodzi się, mając jasno wytyczony cel (tania lampa do postawienia przy łóżku albo widelczyki do ciasta, jakich się po prostu nie da dostać w „zwykłym” sklepie), albo zwyczajnie – rozejrzeć się, połazić.

Atmosfera na pchlim targu trochę przypomina cmentarz we Wszystkich Świętych, a trochę zawody strzeleckie. Wiadomo, że są sektory dla koneserów, a w szerszych alejkach należy uważać na dzieci pałętające się pod nogami. Sprzedawca z kolei może liczyć na spore zainteresowanie niepotrzebnymi mu już kawałkami jego życia – nawet jeśli nie znajdą kupca, z pewnością sprowokują do nawiązania rozmowy.

Dla wszystkich, którzy mają pecha mieszkać na osiedlu z zamkniętymi śmietnikami, pchli targ to wygodny sposób na wygodne pozbycie się „gabarytów” bez wyrzutów sumienia. Osoby przyciśnięte potrzebą mogą tam legalnie i bez wstydu handlować, czym tylko się da. Dla tych, którzy mają ograniczone środki na start w mieście, to czasem jedyna droga, by tanio umeblować pierwsze samodzielne mieszkanie. Co ambitniejsi mogą dzięki pchlim targom znaleźć rzeczy, jakich nie ma nikt inny, wyrwać się spod „dyktatu Ikei”.

W Berlinie od wczesnej wiosny do późnej jesieni działa kilka targów dzielnicowych i co najmniej dwa – na Boxhagener Platz i na Wyspie Muzeów – do których ściągają klienci z całego miasta. Ludzie, klienci i sprzedający, są delikatni dla siebie nawzajem i dla przedmiotów. Jak nigdzie indziej, zdają sobie sprawę, że obcujemy z czyimś życiem. Dziwią się odmiennym gustom, priorytetom, dawnej modzie, zachwycają się czymś, czego sami by nigdy nie wymyślili. Od czasu do czasu ciąg kramików ze starzyzną przecina stoisko z nowymi rzeczami. W Berlinie początkujący rękodzielnicy mogą wystawiać swoje wyroby na sprzedaż, nie przejmując się kasami fiskalnymi.

Wokół targowiska kwitnie życie. Kawiarnie, place zabaw i jadłodajnie są pełne, trudno znaleźć miejsce, żeby odpocząć czy napić się herbaty. Młodzi i starsi spotykają się ze znajomymi, wymieniają uśmiechy, obserwacje i poglądy.

W Warszawie mamy dwa stałe targowiska – Bazar na Kole i bazar na stadionie „Olimpia”. Do obu trudno dojechać, znajdują się z dala od centrum i funkcjonują we wczesnych godzinach rannych. Bazar na Kole to bardziej punkt zaopatrzeniowy właścicieli sklepów z antykami. Jeśli ktoś nie jest zapaleńcem, raczej nie powinien się nastawiać na to, że spotka znajomych. Komu by się chciało? A gdyby nawet się to stało, trudno byłoby znaleźć spokojne miejsce do rozmowy – ani Koło, ani Olimpia to nie jest warszawska kawiarniana mekka.

W centrum miasta można się niekiedy natknąć na wystawkę starych książek na kocu albo przypadkowym parapecie. Straż Miejska dyskretnie podchodzi do wyprzedających je panów (zazwyczaj panów), zalecając zwinięcie interesu. Przez jakiś czas lokalny pchli targ działał na Ursynowie, wzdłuż ulicy Płaskowickiej. Wystarczyło jednak parę tygodni deszczu i inicjatywę całkiem diabli wzięli – targowisko znajdowało się na zaniedbanym trawniku, a trudno przecież rozkładać stoisko, brodząc w błocie. Podobny los spotyka poświęcone drugiemu obiegowi rzeczy kąty lokalnych bazarków. Likwidowane i przywracane do życia, nie przyciągają już ani klientów, ani wystawiających.

A przecież pchli targ to łatwy i tani sposób na stworzenie serca dzielnicy; miejsca integracji mieszkańców w różnym wieku i w różnym stanie majątkowym. Drugi obrót rzeczy powstrzymuje nieopanowaną konsumpcję, pozwala też zaoszczędzić na wywozie i recyklingu śmieci najtrudniejszych w utylizacji. Usprawnienie obrotu używanymi książkami pozwoli przedłużyć ich życie i obniżyć koszt bycia czytelnikiem – w tej chwili w Polsce bardzo wysoki. Zdjęcia, stare pisma, pamiątkowe przedmioty, zamiast iść na śmietnik, znajdą nowe miejsce w pamięci – czy nie prościej zorganizować pchli targ, niż, z podobnym w gruncie rzeczy skutkiem, budować kolejne muzeum za kilkaset milionów złotych? Jeden z punktów programu Zielonych 2004 dotyczy drobnego handlu miejskiego – w którym poczesne miejsce znaleźć powinny właśnie pchle targi.

 

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Gospodarka