RP Ochota RP Ochota
135
BLOG

Łukasz Ługowski: Droga służbowa cz. 2/4

RP Ochota RP Ochota Nauka Obserwuj temat Obserwuj notkę 0

Na co dzień polskie liceum żyje niemal wyłącznie permanentnym stanem przedmaturalnym, który raz do roku – w sposób niejako naturalny – eksploduje owym Wielkim Egzaminem. Pierwsza i druga klasa licealna to preludium (choć przecież już w gimnazjum uczniowie mają sobie zdać sprawę, że nie uczą się matematyki, fizyki czy polskiego i historii, uczą się zdawania egzaminów z tych przedmiotów, a to nie to samo, czasem nawet zupełnie nie to samo…), to klasy żyjące w nieustannym cieniu przyszłego supersprawdzianu. Uegzaminienie przedmiotów szkolnych dochodzi do apogeum. Uczenie się czegokolwiek ma sens tylko o tyle, o ile pojawi się to na maturze i tylko w tej, przewidzianej na owym egzaminie formie. Stąd takie naciski na wprowadzenie matury z religii. Możemy sobie liczyć średnią szkolną z dowolnych przedmiotów. Póki nie ma ich na maturze, w realnym życiu szkoły nie istnieją, są trzecioligowe, praktycznie nieważne, ba, nie można z nich nie zdać do następnej klasy. Dziś wszystkie szkoły istnieją po to, by móc w nich urządzić Maturę. Bez niej mogłyby nie istnieć.

A jak to wygląda w praktyce?
 
Niektórzy nauczyciele niektórych przedmiotów (ścisłych i okołościsłych, na przykład geografii) są z niej nawet na ogół dość zadowoleni. Nie bardzo: dość. Niby sprawdza, co ma sprawdzać. Ale trudno przewidzieć jej trudność, poziom jest nierówny, jak na egzamin obiektywny bywa za mało przewidywalna, raz trudniejsza jest geografia (jak w ostatnim roku) , innym razem chemia czy fizyka, zdarzają się też drugorzędne nieścisłości merytoryczne. Byłaby do zaakceptowania o tyle, że można nią postraszyć swoich uczniów, żeby się wzięli do roboty. Ale tę rolę odgrywała i stara matura (egzamin dojrzałości). Niemniej również dla większości ścisłowców nie do zaakceptowania jest zadęcie i biurokratyczna otoczka machiny maturalnej (dla większości, bo niektórzy, nie tylko ścisłowcy, takie zadęcie uwielbiają i sami stosują) oraz – przede wszystkim – to, że nie ma kiedy uczyć tego, czego się uczyć powinno. Liceum skrócono z czterech lat do dwóch i pół roku (pół roku to organizacja i przeprowadzanie matury), a koniecznej do przekazania wiedzy w tym czasie nie ubyło…
Przedmioty humanistyczne, a szczególnie język polski, to już jednak nieporozumienie totalne. 
 
Wbrew dobrym obyczajom zacznę od przywołania własnej wypowiedzi, żeby się z nią zgodzić. W czasach, kiedy w polską edukacją rządził minister słusznego wzrostu i poglądów (no, przynajmniej niezachwianej pewności słuszności owych poglądów), jedna z komercyjnych stacji telewizyjnych poprosiła mnie, jako polonistę z ponadtrzydziestoletnim stażem, o komentarz na temat wprowadzanych przez owego ministra zmian w kanonie lektur szkolnych. Powiedziałem wtedy, że z punktu widzenia nowej matury (Nowej Matury!) nie ma to żadnego znaczenia. I tak ich (tych lektur z kanonu) nikt – poza nieszkodliwymi maniakami – nie będzie czytał. Mało tego: czytać ich nie powinien! Polonista licealny nie ma być dziś mistrzem i przewodnikiem po świecie kultury – mówiłem – tego mu wręcz nie wolno. Ma być kimś w rodzaju trenera drużyny piłkarskiej zagrożonej spadkiem z ligi. Rozliczanym nie z tego, że drużyna gra ładnie, ale z tego czy wygrywa. Żeby wygrać na maturze z polskiego nie należy nic czytać, ba, czytanie lektur może być szkodliwe, trzeba znać streszczenia (w tym – koniecznie! – imiona i nazwiska wszystkich fikcyjnych bohaterów) oraz obowiązującą dziś interpretację. Tak wtedy mówiłem i ściągnąłem telefoniczne gromy na głowę swoją i przepytującej mnie redaktorki. Ponoć zachęcałem do nieczytania lektur. Dzwoniący nie słuchali mnie ze zrozumieniem (że posłużę się nowomaturalnym żargonem). Bo to przecież nie ja, a dzisiejsza matura zniechęca. I nie tylko do czytania. Żeby dobrze na niej wypaść należy się też oduczyć pisania zdań wielokrotnie złożonych. Są niebezpieczne, wszak ocena ich poprawności zależy od gustu osoby sprawdzającej, a tego gustu nie sposób przewidzieć. Lepiej się nie wychylać. W „nauce polskiego” trzeba skupić się niemal wyłącznie na ćwiczeniu rozwiązywania testów, w tym – przede wszystkim – czytaniu (ze zrozumieniem) poleceń. Owe polecenia należy wykonywać ściśle i dosłownie, choć niekoniecznie refleksyjnie. Skoro każą podać pięć przykładów, podanie sześciu i niepodanie żadnego może być potraktowane jako tej samej wagi błąd. Uczenie polskiego nie ma już być przygodą, „obcowaniem z umarłymi poetami”. To mogło być dobre kiedyś, na jakimś starym, do tego zupełnie niepolskim filmie (ale czy na pewno dobre, a jak skończył bohater?). Teraz maturzysta ma umieć, że Słowacki wielkim poetą był. Ale jednocześnie wiedzieć także, że Gombrowicz wyśmiewał ten schemat. Jedno drugiemu nie przeszkadza. Nie ma w tym żadnej sprzeczności. Jedno i drugie trzeba umieć. Bo i tak najważniejszy jest zastosowany klucz (schemat) odpowiedzi. Sama odpowiedź jest dużo mniej ważna. No i jeszcze w pytaniach zamkniętych trzeba zawsze zaznaczać odpowiedź. Nie ma punktów minusowych za błędy merytoryczne, nawet za ewidentne bzdury, a zawsze może się udać trafić. Swoisty toto-lotek? Czemu nie, skoro tak się kalkuluje. Czy chodzi o to, że i w dorosłym życiu też miewamy do czynienia ze szczęśliwym trafem? Niech się dzieci uczą dorosłego świata. Umiarkowanie mnie to przekonuje.
 
RP Ochota
O mnie RP Ochota

Fantastyczny, żywy nowy klub prężnej młodej lewicowej partii.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Technologie