Kościół w Polsce musi upaść. Nie żebym tego chciał, jednak wydaje mi się to nieuniknione. I nastąpi to raczej szybciej, niż później.
Nie chodzi mi tu tylko o przewidywane w najbliższej przyszłości skandale lustracyjne. Będzie to poważny cios, tym bardziej, iż katolicka hierarchia najwyraźniej nie wie jak sobie z nimi radzić. Jednakże, gdyby fundamenty tej organizacji były mocne to przejściowe trudności nie byłyby groźne. Tymczasem fundamenty próchnieją już od dawna, z roku na rok oraz szybciej. I nic nie powstrzyma procesu ich rozpadu.
Polska przez wieki bynajmniej nie słynęła ze swego katolicyzmu. Wręcz odwrotnie – Polacy byli uważani za sojuszników pogan (Litwinów, znaczy, a i w Polsce resztki dawnych kultów przetrwały do XV-XVI wieku) i heretyków (husyckich Czech w XV wieku), a następnie za obrońców różnorakich protestanckich sekt. W Polsce kwitła tolerancja, nikt nie zamierzał bić się o wiarę, a terminu Polak – katolik nikt nie znał. Określenie to pojawiło się w okresie rozbiorów, by podkreślić polską odrębność od luterańskich i prawosławnych zaborców. Przywiązanie do wiary katolickiej stało się jednak podstawą naszej świadomości narodowej dopiero po 1939 roku, gdy w tragicznych czasach hitlerowskiej okupacji i sowieckiej dominacji Kościół stał się jedyną niezależna polską instytucją.
Warto zwrócić uwagę na czynnik polityczny. Kościół urósł w moralną siłę w latach PRL, gdy stał się ostoją narodu. Jego rola w tych latach była bez wątpienia wielka. W stanie wojennym msze za ojczyznę stawały się wielkimi patriotycznymi demonstracjami, do dziś wspominanymi jako jedne z głównych wydarzeń tych czasów. Wolna Polska była wówczas pośród murów katolickich świątyń. A to, iż na Tronie Piotrowym zasiadał Jan Paweł II tym mocniej wiązało naród z Kościołem.
Ale przyszedł rok 1989 i wszystko zaczęło się zmieniać. Polska stała się wolnym krajem. Ludzie zajęli się codzienną walką o przetrwanie w twardym świecie liberalnej gospodarki. Kościół już nie musiał pełnić roli reprezentanta narodu wobec władzy. Papież coraz bardziej chorował i umarł. Polacy stracili swego duchowego ojca, w którego zapewne wierzyli bardziej niż w Jezusa. Episkopat, tonący dotąd w blasku Jana Pawła II okazał się grupą całkiem zwyczajnych ludzi, którym daleko do wybitności.
Przez chwilę próbowano nam wmówić, że istnieje jakieś pokolenie JPII, nadzwyczajnie uduchowione i kierujące się naukami naszego zmarłego Papieża. To była wyjątkowa bzdura. Młodzi ludzie w Polsce nie różnią się niczym od swych rówieśników w innych krajach, a ich system wartości jest bardzo odległy od tego promowanego przez Jana Pawła II. Religia staje się dla nich niezrozumiałym reliktem, a żadnych mszy za ojczyznę nie pamiętają, więc Kościół nie kojarzy im się nawet z tym.
Oczywiście poziom uczestnictwa w mszach jest nadal bardzo wysoki. Większość ludzi bierze śluby w kościele i jest po chrześcijańsku grzebanych. Jednak to tylko puste gesty. Tradycja, nie religia. Tym samym wpływ hierarchów na politykę i społeczeństwo spada z roku na rok. Doganiamy Europę także w procesie laicyzacji. Tak naprawdę nie ma żadnego powodu, dla którego w Polsce miałoby być inaczej. Równocześnie episkopat zdaje się tego nie dostrzegać i zachowuje się nadal jakby był „przewodnią siłą narodu”, gdy tymczasem nie pełni tej roli od kilkunastu lat.
W naszym kraju kryzys Kościoła może być nawet dużo większy. Właśnie dlatego, że polska wiara jest taka powierzchowna, a arogancja władz kościelnych tak duża. Rozjechane po Europie młode pokolenie nie chodzi do świątyń bo nawet rzadko kiedy ma jak. Rola pieniądza wzrasta, a życie duchowe przestaje istnieć. Nie wiadomo właściwie co Kościół ma teraz do zaoferowania. Najgorzej, że Kościół sam tego nie wie.
Pewnej niedzieli polskie świątynie będą puste. I już takie pozostaną.



Komentarze
Pokaż komentarze (6)