Tak się w Polsce dziwnie dzieje, że politycy podlegają medialnej i społecznej krytyce tylko wtedy gdy są przy władzy. Jak bardzo ta krytyka bywa miażdżąca widzimy w ostatnich miesiącach. Gdy pewne grupa polityków władze traci, to jej grzechy są być może nie wybaczane, ale natychmiast zapominane.
Jednakże czasem warto przypomnieć dokonania niektórych osób już władzy nie sprawujących. Mnie w te ostatnie grudniowe dni przypomniał się Leszek Miler i jego wesoła kompania. Wspomnienia przywołały doniesienia o kolejnych możliwych problemach z dostawami rosyjskiej ropy i gazu. Od 1 stycznia Gazprom zapowiada odcięcie dostaw na Białoruś, co oznacza problemy także dla nas. W mediach podnosi się jak zwykle wrzawa: dywersyfikacja, co z dywersyfikacją?!
Tymczasem tego problemu mogło już od dawna nie być. Moglibyśmy mieć alternatywne źródło surowców i nie martwić się tak bardzo decyzjami Gazpromu. Cała nasza polityka energetyczna (a pośrednio i zagraniczna) wyglądałaby inaczej gdyby nie Leszek Miller.
Jedną z jego pierwszych decyzji po objęciu urzędu w 2001 roku było zerwanie kontraktu na budowę rurociągu z Norwegii. Jednym ruchem pióra sprawił, że możliwe stało się wszystko następne – budowa rury z Rosji do Niemiec po dnie Bałtyku, kompletne uzależnienie Polski od dostaw ze Wschodu, możliwe przerwy w dostawach na skutek białorusko – rosyjskich utarczek.
Wszystko to co się teraz dzieje spowodował swą decyzją sprzed pięciu lat Leszek Miller. Nie zapomnijmy mu tego.



Komentarze
Pokaż komentarze (5)