U większości Polaków pierwszą reakcją na pytanie o realizację polskiej racji stanu będzie zapewne pusty śmiech. Być może obywatele naszego kraju nie uważają polityków wyłącznie za niezdolnych do racjonalnego działania fanatyków, lub też cwanych oszustów i malwersantów. Jednakże z pewnością nie wierzą, by konsekwentnie działali oni na rzecz dobra całego społeczeństwa.
Ktoś obserwujący z zewnątrz polski rejs od komunizmu do członkostwa w UE może być mocno zdziwiony takiemu przekonaniu Polaków. Czy to nie duże uproszczenie przyjmować, iż polska racja stanu nie była przez te wszystkie lata realizowana? Od 1989 roku w naszym kraju działo się wiele dobrego. Dokonano skutecznej transformacji ekonomicznej, przystąpiono do elitarnych międzynarodowych organizacji. Polacy są wolni i o wiele bogatsi niż w ciemnym okresie PRL. To wszystko nie stało się samo. Politycy wyznaczali przecież cele rozwoju państwa. I najwyraźniej, co by nie mówić, udało im się wiele z nich osiągnąć.
Dlaczego więc Polacy nie wierzą w to, iż ktoś realizuje polskie raison d'État? Czyżby nasi rodacy byli tak niewdzięczni? A może są ślepi na otaczającą ich rzeczywistość? Nie dostrzegają po prostu, że tak pogardzani politycy potrafili tyle zdziałać?
Moim zdaniem jest wręcz odwrotnie. Polacy aż za dobrze zdają sobie sprawę z tego, jak wygląda rzeczywistość i czego się mogą spodziewać po swoich politykach. Wiedzą to już od czasów wprowadzenia demokracji.
Wówczas w naszym kraju było mnóstwo optymizmu i wiary w lepszą przyszłość. Ufano politykom, oczywiście tym wywodzącym się z „Solidarności”. I początkowo politycy sprawiali wrażenie godnych tego zaufania. Jednak trwało to bardzo krótko. Byli opozycjoniści nie byli w stanie razem pracować. Założyli dziesiątki, jeśli nie setki małych partyjek. Wybuchła „wojna na górze”, która zrujnowała autorytet wszystkich uczestniczących w niej osób. Od tego czasu opinia Polaków o swojej klasie politycznej jest niezmienna.
Niemniej, politycy przecież ciągle działali. I mimo różnorakich krajowych sporów pchnęli Polskę w kierunku Zachodu. Teraz taki wybór wydaje nam się oczywisty, ale na początku lat 90. nic nie było jasne. Jednakże, zastanówmy się – czy trafne w efekcie decyzje były faktycznie wyrazem świadomej realizacji polskiej racji stanu?
Można mieć w tej kwestii wątpliwości. Z całą pewnością dla naszego kraju stało się dobrze i faktycznie polska racja stanu została w dużym stopniu zrealizowana. Lecz wybór drogi na Zachód był tylko częściowo świadomy. Poniekąd nie było innego wyjścia, po prostu. Alternatywą było stanie w miejscu, lecz śmiem twierdzić, że z naszą kulturą, potencjałem ekonomicznym i ludzkim nie stalibyśmy się żadną Białorusią. Musieliśmy się znaleźć w UE, chociażby dlatego, że ona sama tego chciała. Wcześniej, lub później, ale nastąpiłoby to.
Niezależnie od tego jakby oceniać polską politykę, zarówno zagraniczną, jak wewnętrzną w latach 1989 – 2004, wejście do UE zmieniło diametralnie sytuację. Wielki rejs został zakończony. Cele determinujące przez lata decyzje naszych polityków zostały osiągnięte. Potrzebne było nowe zdefiniowanie polskiej racji stanu, ale nie uczyniono tego do tej pory. Stało się tak zapewne dlatego, iż obecnie określenie naszej racji stanu jest o wiele trudniejsze. Kiedyś mówiło się o realizacji naszego państwowego interesu poprzez dołączenie do wolnych, bogatych i bezpiecznych narodów Europy. Właśnie dołączyliśmy, i co dalej?
Odpowiedzi na to pytanie, moim zdaniem, najintensywniej szuka PiS. Jednak czyni to bardzo chaotycznie. W polityce wewnętrznej trwa nieustanny bałagan, lecz do tego zdążyliśmy się już w naszym kraju przyzwyczaić. Smutne jest to, iż chaos wkrada się też do polityki zagranicznej. Zdaniem obecnych władz Polska najwyraźniej ma stać się ważnym graczem na scenie europejskiej. Jednak próbuje się to osiągnąć wchodząc w konflikt z Niemcami i Rosją (być może nawet słusznie), ale bez zagwarantowania sobie sojuszników i wsparcia dla naszych postulatów, a to już duży błąd. Równocześnie tracimy (niekoniecznie z naszej winy) to co uzyskano wcześniej – na przykład bardzo dobre stosunki z Ukrainą i ze Stanami Zjednoczonymi. Równocześnie opozycja (co wcześniej zdarzało się bardzo rzadko, jeśli w ogóle) wykorzystuje każde potknięcie rządu na scenie międzynarodowej do swoich doraźnych celów politycznych. Przy czym ogranicza się tylko do negacji, bo trudno wskazać jakieś jej konkretne propozycje sposobów realizacji polskiego raison d'État.
Krótko mówiąc – jest źle, a co gorsza nie widać szans na poprawę sytuacji. Nasz rząd wysyła wojska do Iraku, Afganistanu i Libanu, używa weta na łonie UE, próbuje siłą wymusić coś na Rosji… To nie byłoby złe, gdyby przynosiło efekt. Gdyby poprawiało pozycję naszego kraju i sytuację naszych obywateli. Na razie jednak takie poczynania przynoszą tylko straty, więc trudno uznać je za pożyteczne. A skoro nie dają żadnego pożytku, znaczy, iż trudno je uznać za zgodne z naszą racją stanu.
Uważam, że o polską rację stanu nie należy walczyć gdzieś na irackich piaskach lub w afgańskich górach. Obecnie walkę o nią należy wygrać w naszych własnych głowach. Pora na wyraźne sprecyzowanie – czego nasz kraj potrzebuje, jakie cele może osiągnąć i w jaki sposób ma to zrobić. Jaka powinna być rola Polski na arenie międzynarodowej, a zwłaszcza w jednoczącej się Europie?
W tej chwili nie ma jasnych odpowiedzi na te pytania. Tymczasem już sama odpowiedź na nie byłaby po części działaniem na rzecz polskiej racji stanu.



Komentarze
Pokaż komentarze (1)