Wrocław kolejny raz udowodnił, iż jest jednym z najszybciej goniących Europę polskich miast. Podobnie jak od lat na zachodzie kontynentu, także i u nas doszło do tradycyjnych wiosennych zamieszek między skinami a lewakami.
Ulokowałem się na wschodniej pierzei Rynku kilka minut przed 17 i czekałem na rozwój wydarzeń, rozważając równocześnie ewentualne trasy ewakuacji. W tym czasie całkiem liczna grupa nopowców pod malowniczymi sztandarami z wystylizowaną swastyką rozpoczęła swój wiec. Łysi chłopcy otoczyli znany w całym kraju wrocławski Pręgierz, wymachując kukłą powieszonego Murzyna. Jeden z nich powoli dukał coś przez megafon, ale szło mu to z trudem. W ogóle, demonstracja NOP (legalna) była dosyć nudna, póki w jej stronę nie zaczęła się zbliżać demonstracja lewaków (nielegalna). Lewicowcy maszerowali od Placu Solnego, sądząc z treści transparentów dominowali w niej ludzie z Polskiej Partii Pracy (Michał Syska, „ideowe dziecko Celińskiego” też mi tam chyba mignął). Nieśli nad sobą marzannę, wyglądając przez to nieco jak zabłąkana wycieczka szkolna.
Na widok przeciwnika NOP rzucił się do imponującej szarży. Skini pozostawili daleko w tyle nieporadnie interweniujących policjantów i zderzyli się z lewakami pod pomnikiem Fredry. Tylko jeden skin nadal powoli sklejał literki pod Pręgierzem. Gdy zorientował się, że kolegów już nie ma, spojrzał nieśmiało na obojętnie przyglądających mu się Wrocławian, przerwał czytanie i potruchtał w stronę rozwijającej się właśnie bójki.
W tym czasie jednak policjanci zaczęli panować nad sytuacją i sprawnie rozdzielili walczące grupy. Wywlekli z tłumu tylko dwie osoby. Gazeta.pl pisze, że to byli neonaziści, ale ciągnięto ich po bruku akurat koło mnie i wyglądali raczej na lewaków. Przede wszystkim, mieli włosy.
Nad tymi wydarzeniami uniósł się najpierw dźwięk pękającej gumy, a następnie wstrętny zapach zgniłych jaj. Okazało się, że lewacy użyli niezidentyfikowanej broni chemicznej, ukrytej dla niepoznaki w dziecięcych balonikach.
Potem znów zrobiło się nudno. Policja zepchnęła lewaków na Plac Solny, a skinów pognała na drugą stronę Rynku. Obie strony próbowały się jeszcze obrzucać obelgami, ale wrocławski Rynek jest naprawdę bardzo duży i nie miało to większego sensu. Nadal śmierdziało, było zimno i zaczął padać deszcz, ruszyłem więc do domu. Zmęczony, ale dumny z tego, że moje miasto jest prawdziwą europejską metropolią.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)