Informacje o agenturalnej przeszłości profesorów najbardziej protestujących przeciw lustracji nie są raczej primaaprilisowym żartem. Po prostu kolejny raz sprawdza się scenariusz obserwowany podczas lustracji innych środowisk. Tak było w przypadku polityków, prawników i dziennikarzy – ci, którzy najgłośniej krzyczą ukrywają najwięcej.
Przypadek rektora i dziekana Uniwersytetu Gdańskiego jest wyjątkowo spektakularnym potwierdzeniem tej reguły. To rektor Ceynowa wymyślił i rozpropagował sposób ominięcia ustawy lustracyjnej – przenoszenie profesorów na stanowiska asystentów. Równocześnie wraz z dziekanem Włodarskim we wszystkich mediach krzyczał jaką zbrodnią jest lustracja.
Teraz okazuje się, że tu chyba nie chodziło o szczytne ideały, a o zwykły strach. Obaj panowie profesorowie mają pokaźne teczki, których ujawnienie (mam nadzieję) zniszczy ich kariery. Nic dziwnego, iż starali się zrobić wszystko w celu zatrzymania lustracji.
Tę sprawę warto rozważyć też pod nieco innym kątem. Wielu czytelników mojego poprzedniego wpisu na temat lustracji naukowców zwracało uwagę, iż obecna ustawa skazuje na potępienie agentów, a pozostawia w spokoju dawnych partyjniaków, których SB nie werbowało, bo po co. To prawda. Jednakże ufam, że na pezetpeerowców również przyjdzie czas. Ponadto rzadko kiedy (trzeba im to przyznać) pozują oni na moralne autorytety. Ich przeszłość jest znana, nikogo nie oszukają. A w lustracji nie chodzi przecież obecnie o to, by pozamykać agentów. Rzecz w tym, żeby pokazać kto był kim naprawdę i czy faktycznie jest predestynowany do tłumaczenia innym co jest moralne.


Komentarze
Pokaż komentarze (11)