Gdy w sierpniu ubiegłego roku Wiktor Janukowycz obejmował funkcję premiera Ukrainy, wielu dziennikarzy i ekspertów uznało ten fakt za ostateczny krach Pomarańczowej Rewolucji. Inni obserwatorzy doszli do wręcz odwrotnego wniosku – demokracja zwyciężyła, skoro niedawni wrogowie mogą razem funkcjonować w strukturach państwa.
Wszyscy się mylili (w tym i ja). Rewolucja się nie zakończyła, a po prostu chwilowo osłabła. Historia nie może bez przerwy pędzić. Obie strony konfliktu przyczaiły się na swoich pozycjach, lizały rany i zbierały siły.
Ktoś może w tym miejscu zakrzyknąć: jakie obie strony, przecież „Pomarańczowi” rozpadli się po swej „wojnie na górze”! Jednakże tak może rzec tylko ten, kto nie był na Ukrainie w 2004 roku i nie czuł tamtejszych emocji.
Juszczenko i Tymoszenko za sobą nie przepadają, to fakt. Reszta rewolucjonistów również przypomina czasem rozwrzeszczany kozacki zagon. Lecz antypatie pomiędzy nimi są niczym, wobec tego co czują wobec Janukowycza i jego ludzi. Zresztą, politycy to jedno, a ludzie to drugie. Mieszkańcy miast zachodniej i środkowej Ukrainy nigdy nie zgodzą się na zwycięstwo rosyjskojęzycznej ekipy z Donbasu.
Być może wśród posługujących się własnym językiem Ukraińców z Kijowa i Lwowa dużo jest takich, którzy nie lubią Polaków, czczą bohaterów z UPA i żądają od nas przeprosin za Akcję „Wisła”. Równocześnie jednak to oni chcą by Ukraina była w NATO, UE i stała się normalnym europejskim państwem, a nie lennem Rosji.
Pragnienia wyborców Janukowycza, mieszkańców wschodniej części kraju są zgoła inne. Oni najlepiej czuliby się w odtworzonym ZSRR. Tęsknią za Rosją, a Ukraina to dla nich obcy kraj.
Najlepsze rozwiązanie, to oczywiście próba sklejenia dwóch części kraju w jedną całość. Wydawało się, iż premierostwo Janukowycza temu właśnie ma służyć. Lecz przywódca „Niebieskich” nie wytrzymał długo i kilka dni temu rozpoczął ponownie grę o absolutne panowanie nad krajem, proponując sprowadzenie uprawnień prezydenta Juszczenki niemal do zera. Ten podjął wyzwanie, i historia znów przyspieszyła. Rozpoczęło się decydujące starcie, a miejsca na kompromis już raczej nie będzie.


Komentarze
Pokaż komentarze (5)