Dwa lata temu kampania wyborcza toczyła się już od dobrych kilku miesięcy. Rybitzky zrywał w podwrocławskich miejscowościach plakaty LPR i zastępował je propagandowymi materiałami PiS. W Warszawie zaś tęgie polityczne umysły kreśliły scenariusze przyszłych wydarzeń. Nic nie wydawało się pewne, poza jednym – PO i PiS stworzą po wyborach koalicję.
Nadeszła pamiętna jesień i sprawiła, że wszelkie dotychczasowe plany działań trafiły do kosza. Niedoszli koalicjanci rzucili się sobie do gardeł. Między liderami prawicowych partii wyrósł, wspólnie przez nich wybudowany (solidarnie, chciałoby się rzec) mur nienawiści.
Zagraniczni obserwatorzy nie potrafią zrozumieć – jak to możliwe, że w Polsce jedna prawicowa partia jest w opozycji do drugiej? Jak to możliwe, że antykomunistyczny PiS wszedł w koalicję z Samoobroną pełną pezetpeerowskich działaczy?
Takie myśli kłębiły się zapewne również w głowach wielu członków PO i PiS. Dlatego właśnie władze tych partii zastąpiły marzenia o wspólnych rządach wzajemnymi obelgami. „Oni to nasz wróg! Trzeba ich zniszczyć, tak jak oni chcą zniszczyć nas!”. Kolejne miesiące indoktrynacji zrobiły swoje. Kto teraz pamięta o POPiSie? Szeregowi platformersi i pisowcy wstydliwie wypierają zdrożne myśli o współpracy.
Czy faktycznie POPiS był złym pomysłem? Na pewno nie. O jego upadku, nim w ogóle powstał, zdecydowały personalne animozje i plątanina interesów, których nigdy nie poznaliśmy. Efekt widzimy wszyscy. Na dwa lata przed kolejnymi wyborami perspektywa współpracy miedzy PO a PiS wydaje się być niemożliwa. Tymczasem wspólny wróg odzyskuje siły i snuje własne plany. Wiele się jeszcze wydarzy przez te dwa lata. Lecz to czego bym najbardziej chciał – raczej nie.
Nie zdarzy się bowiem tak, że PiS porzuci przystawki, PO Tuska, a obie partie wydumane animozje. Nie stworzą wspólnie silnego rządu, który przeprowadzi reformy i rozgniecie powracającego Kwaśniewskiego. Nie będzie zwycięstwa w następnych wyborach. Będzie za to tak jak zwykle.


Komentarze
Pokaż komentarze (17)