Lechowi Wałęsie udało się to, o czym marzył przez koleje chude lata – powrócił na szpalty gazet i ekrany telewizorów. Znów się o nim mówi, znów dziennikarze zabiegają o wywiady. Najwyraźniej nie przeszkadza mu, że uzyskał taki efekt dzięki wątpliwej wartości sojuszowi z Aleksandrem Kwaśniewskim.
Po wyborczej klęsce w 2000 roku Wałęsa nie popadł oczywiście w zapomnienie, lecz traktowano go raczej jako żywy zabytek „Solidarności” niż polityka. Nawet po zwycięstwie PiS, gdy jego bluzgi na braci Kaczyńskich (bo inaczej te wypowiedzi trudno nazwać) trafiły do mediów były uznawane raczej za ciekawostkę. Dopiero ostatnie miesiące to dla byłego prezydenta prawdziwy powrót. Pewnie już czuje się on ważnym graczem na polskiej politycznej scenie. Tylko czekać, aż ogłosi chęć startu w kolejnej elekcji.
Warto jednak zauważyć, że stając się ponownie czynnym politykiem Wałęsa musi liczyć się z innym traktowaniem. Sam zszedł z piedestału, więc koniec z traktowaniem go jak pomnik. To przykre, ale prawdziwe – polityka ma swoje prawa.
Dlatego też wcale nie dziwią mnie próby spostponowania Wałęsy podczas zbliżającej się wizyty Busha i dzisiejsza pikieta pod domem dawnego przywódcy „Solidarności”. Niestety, ale wybrał on stronę w trwającym wokół nas politycznym konflikcie. Niech więc teraz płaci cenę. Nawet jeśli ma być nią trafienie na śmietnik historii, zamiast na cokoły pomników.


Komentarze
Pokaż komentarze (48)