Ostatnie dni przyniosły nam dwa wyjątkowo kiepskie wieczory kabaretowe. W zeszłym tygodniu mogliśmy obejrzeć Sopocką Noc Kabaretową podczas polsatowskiego festiwalu Top Trendy, a dziś w nocy Kabareton z Opola.
W Sopocie wystąpiły najpopularniejsze obecnie grupy, m.in. Ani Mru Mru, Kabaret Moralnego Niepokoju, Koń Polski. Ich skecze siliły się na jak największe kpiny z naszej politycznej rzeczywistości. Moim zdaniem skutek był marny, w dodatku publiczność trzeba było tłuc po głowie prostymi skojarzeniami żeby cokolwiek zrozumiała. To już nie czasy Laskowika (inna sprawa, że w PRL uprawiać satyrę polityczną to naprawdę była odwaga – nie to co teraz). Najbardziej jednak żenujący element programu stanowiły scenki odgrywane przez Lubaszenkę i Pazurę, które nie śmieszyły chyba nikogo. I to bynajmniej nie z powodu swego wysublimowania.
W Opolu nie było wcale lepiej. Tu wprawdzie kpiono częściej z opozycji niż rządu, lecz dowcipy stały na tak samo niskim poziomie. Czasem były tak wymuszone, że aż czułem krew, pot i łzy udręczonych autorów tekstów. Ponadto szopka, którą uczyniono na cześć Pietrzaka (którego w zasadzie lubię) stanowiła widowisko równie żałosne jak dowcipy Pazury. Tym bardziej, że teoretycznie wieczór poświęcono pamięci Jana T. Stanisławskiego.
Prawdziwą tragikomedią był występ Rosiewicza (wygwizdanego zresztą). Niewyraźnie mamrotał piosenkę wziętą wprost z konwencji PiS. To przykre, ale trudno mi znaleźć inne uzasadnienie jego występu poza jednym – to musiało być podziękowanie za wsparcie rządzącej partii.
Ogólnie w obu wieczorach kabaretowych męczyła mnie ta polityka właśnie. Do niedawna była ona niemal nieobecna w satyrze. Kabareciarze tłumaczyli (całkiem słusznie), że polityka jest teraz śmieszna sama w sobie, więc oni nie muszą się nią zajmować. Czemu teraz zmienili nagle zdanie?
Oczywiście nie zostawię tego pytania bez odpowiedzi (i ta odpowiedź sprawi, że jasne stanie się, czemu mój wpis jest w dziale „Polityka”, a nie „Kultura”). Otóż gdy nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze, a dokładniej o zasadę – klient płaci, klient wymaga. Polsat chciał mieć antyrządowy kabaret – i miał. TVP chciała mieć prorządowy – i miała. Artyści płynnie włączyli się (z wielką szkodą dla sztuki, czy chociaż rozrywki) w trwającą walkę polityczną.
Warto podkreślić, iż poniekąd ukazuje to, że faktycznie mamy w naszym kraju sytuację rewolucyjną. Tu już nikt nie bawi się w niuanse, tylko robi swoje i chce przeciwnika jak najmocniej walnąć w łeb. Wykorzystuje się w tym celu wszelkie możliwe środki. Teraz akurat padło na kabaret – ze szkodą i dla twórców, i dla widzów.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)