Wieczorem 21 października w sztabie wyborczym PiS zapanowała euforia. Jarosław Kaczyński wszedł na mównicę w wpełnionej rozentuzjazmowanym tłumem sali i pozwolił sobie na żart. Tym razem to on zameldował bratu o wypełnionym zadaniu. Twarz premiera wypełniła telebimy umieszczone w siedzibach pozostałych partii, a ich liderom pozostało jedynie zgrzytać zębami.
Prawo i Sprawiedliwość wygrało tylko kilkoma procentami głosów, ale jeszcze w powyborczą noc rozpoczęło negocjacje z PSL. Tymczasem w upokorzonej kolejny raz Platformie zawrzało. Działacze związani dawniej z Janem Rokitą poczuli, że to właściwy moment i zażądali głowy Donalda Tuska. Ten jednak kolejny raz okazał się mocny i oparł się wewnątrzpartyjnej opozycji.
W Platformie nie doszło więc do zmiany władz. Nastąpił za to jej rozpad. Stało się to wtedy, gdy Rokita przyjął zaproszenie do nowego rządu Kaczyńskiego oraz stanowisko wicepremiera. Trzydziestu byłych posłów PO założyło w Sejmie klub pod nazwą Stronnictwo Konserwatywne. Natychmiast wszedł on w koalicję z PiS oraz PSL.
Oczywiscie ceną za takie rozwiązanie było dla PiS oddanie znacznej liczby rządowych stanowisk. Jednak Jarosław Kaczyński mógł dzięki temu ogłosić: "Mój pomysł na Polskę zwyciężył. Rodacy kolejny raz obdarzyli Prawo i Sprawiedliwość zaufaniem. Widać, ile warte było ujadanie obrońców układu".
9 listopada szef PiS został przywitany w Pałacu Prezydenckim przez uradowanego brata. Obaj politycy ogłosili "prawdziwy początek IV RP". Następnie wyruszli na wspólny spacer poprzez ogrody Pałacu. Był piękny, słoneczny dzień. Prawdziwa polska złota jesień.
***
Jarosław Kaczyński patrzył przez okno gabinetu. Był 9 listopada, ale po szybie spływał deszcz. "Chyba przysnąłem", pomyślał.



Komentarze
Pokaż komentarze (19)