Kolejny wpis Tomasza Sakiewicza przypomniał mi, iż od dawna chciałem złożyć pewną deklarację. Otóż – ja nie czytam „Gazety Polskiej”. Znaczy owszem, co pewien czas próbuję się zabrać do kolejnych numerów, ale zawsze muszę się poddać.
Dlaczego o tym piszę? Otóż stale ktoś na blogu, albo w realu zarzuca mi, iż czerpię wiedzę o świecie właśnie z „GP”. Biorąc pod uwagę moją awersję do tego czasopisma, taki wniosek moich dyskutantów uważam za zabawny. Owszem, często pisze to co „GP”, ale po prostu dlatego, iż taka jest prawda.
Skąd w takim razie moja niechęć do „GP”? Rzecz w tym, że zawsze byłem przeciwnikiem sekciarstwa polskiej prawicy. Tymczasem gazeta Tomasza Sakiewicza jest jego uosobieniem. Co z tego, iż często jej dziennikarze piszą rzeczy słuszne, jeśli nie potrafią z tym dotrzeć do powszechnej świadomości? „GP” jest pismem hermetycznym, skierowanym do określonej grupy czytelników.
W całym kraju istnieją „kluby Gazety Polskiej”, co już samo w sobie jest zjawiskiem dziwnym. Wyobrażacie sobie kluby spotkań czytelników „Neewsweeka”, lub „Wprost”? A warto dodać, że np. we Wrocławiu „klub GP” spotyka się w siedzibie PiS, o też jest znaczące. Niestety,„GP” jest dzięki temu jednoznacznie kojarzona z jedną opcją polityczną, co moim zdaniem nie pomaga ani gazecie, ani głoszonym w niej ideom.
Taka droga nie prowadzi do skutecznej konkurencji z prawdziwymi medialnymi władcami dusz. A przecież o to powinno chodzić? Tymczasem „GP” i jej czytelnicy to stosunkowo niewielka grupka towarzystwa wzajemnej adoracji, która w starciu z brutalnymi graczami po prostu nie ma szans.
Dlatego też nie widzę specjalnego powodu, by czytać „Gazetę Polską”. Owszem, czasem jej dziennikarzom uda się wywołać aferę. Opiniotwórczość tego czasopisma jest jednak żadna. Zwłaszcza, iż często ciekawe tezy są zapakowane w formę trafiającą tylko do już przekonanych.
Najgorsze jest to, że podobnie jak prawicowi politycy, Sakiewicz i jego ludzie muszą co pewien czas popełnić jakiś idiotyzm, który spycha w cień ich jak najsłuszniejsze poczynania. Widzimy to chociażby dziś, gdy redaktor „GP” upiera się walczyć o prawo do pisania o „bzykaniu z Dodą”. Pewnie, w Olsztynie źle zrobili cenzurując ten (moim zdaniem kiepski) felieton. Ale czy warto tracić czas i energię w tak błahej sprawie? Są ważniejsze kwestie.



Komentarze
Pokaż komentarze (36)