Początkowo konflikt między „trzema wiceprezesami” a Jarosławem Kaczyńskim wydawał się być rozpoczęty nagle. Teraz, gdy jesteśmy blisko ostatecznych (?) rozstrzygnięć, można stwierdzić, że obie strony dążyły do konfrontacji już od dawna.
Prezes PiS musiał wiedzieć, iż partia nie ma tak jednolitej struktury, jak to było przedstawianie na zewnątrz. Dawni działacze konserwatywni potrafili trzymać się razem i promować własnych ludzi w strukturach Prawa i Sprawiedliwości. Dzięki sprawnemu działaniu w niektórych regionach zdobyli nawet przewagę (co widać dziś po postawie kilku delegacji na kongres). Jarosław Kaczyński mógł to uznać za realne zagrożenie dla swojej pozycji. I postanowił zareagować, prowokując swoich domniemanych (lub rzeczywistych) konkurentów.
Być może „frakcja konserwatywna” nie poszłaby tak łatwo na konfrontację, gdyby nie przystąpienie do niej Ludwika Dorna. Były marszałek, od zawsze związany z Kaczyńskim, stanowił przede wszystkim wsparcie „moralne”. Oto najbliższy współpracownik opuszcza złego prezesa. Widać, że to my mamy rację, mogli pomyśleć Ujazdowski i Zalewski. Poza tym Dorn stanowił realne wsparcie polityczne – jego postawa ukazywała, iż także inni członkowie dawnego PC są zdolni porzucić Kaczyńskiego.
Wraz z opowiedzeniem się Dorna po stronie wiceprezesów spór w PiS wkroczył w nowy etap. Padały coraz twardsze słowa, która na bieżąco relacjonowały niechętne partii media. Stało się jasne, iż nie ma już odwrotu. Wkrótce, ku (odpowiednio sterowanej) radości większości członków partii, dokona się rozprawa z „rozłamowcami”. PiS pozbędzie się nie tylko wiceprezesów, ale też całych komitetów sympatyzujących z „buntownikami”.
Czy jednak ofiarą czystek padnie też Ludwik Dorn? Moim zdaniem jest niewykluczone, że on akurat pozostanie w partii. Rzecz jasna gdzieś na uboczu, i w niełasce, ale tylko przez pewien czas. Potem powróci. A prezes wynagrodzi go za dobrze wykonane zadanie.



Komentarze
Pokaż komentarze (62)