Polacy są zaangażowani w iracki konflikt już od lipca 2002 roku. Wówczas na wody Zatoki Perskiej wyruszył nasz najnowocześniejszy okręt: ORP „Kontradmirał Xawery Czernicki”. Wtedy nikt o tym nie mówił, lecz teraz już wiadomo, że w tym samym czasie zapadały w Waszyngtonie ostateczne decyzje w sprawie mającej się rozpocząć wojny.
Tym samym wyraźnie widać, iż ówczesna polska administracja bardzo ściśle współpracowała z Amerykanami na długo przed tym, nim pierwsze bomby spadły na Bagdad. Za katastrofę należy więc uznać fakt całkowitej dyplomatycznej klęski jaką ponieśliśmy w stosunkach z USA. Nasi żołnierze jako jedni z pierwszych wkroczyli do walki i od ponad czterech lat ryzykują swoje życie, gdy tymczasem nasz kraj nie odniósł z tego powodu żadnych korzyści.
Pomysł jak najszybszego wycofania polskich wojsk z Iraku można by więc uznać za całkowicie słuszny, gdyby nie jeden, zasadniczy fakt. Otóż nasz odwrót znad Tygrysu i Eufratu w tej chwili przekreśli całkowicie sensowność całej kampanii.
Jeśli teraz bez słowa odwrócimy się i odejdziemy nie znajdziemy na odpowiedzi na proste pytanie: po co nam to było? Dlaczego na pięć lat zaangażowaliśmy się w wojnę ponosząc wielkie straty ludzkie oraz materialne? Za nasz odwrót nie podziękuje nam iracki rząd, bo ten właśnie poprosił zagraniczne wojska o pozostanie. Relacji z Ameryką też to nie poprawi. Europie jest to wszystko jedno, a arabscy fundamentaliści i tak nas nienawidzą.
Odpowiedź na pytanie po co była nam interwencja w Iraku jest nadal w przyszłości. Sytuacja w tym kraju się stabilizuje i zapewne za kilka lat przyjaciele tamtejszego rządu będą mieli przed sobą duże perspektywy. Nas jednak już wśród nich nie będzie, gdyż Donald Tusk postanowił odkręcić wszystko, co w polityce zagranicznej zaplanował poprzedni rząd.



Komentarze
Pokaż komentarze (9)