Łatwo zauważyć, że dla wielu komentatorów Salonu24 (a zapewne i dla dużej części polskiego społeczeństwa) polityka jest kwestią wiary. Dla jednych prorokiem (mesjaszem?) jest Kaczyński, dla innych Tusk. Apostołami są albo politycy PiS, albo Platformy, LiD, a nawet UPR. Stąd też temperatura sporów stale utrzymuje się na niezwykle wysokim poziomie – przecież wierzyć można tylko w jedną Prawdę Objawioną.
Oczywiście to bardzo naiwne podejście, charakterystyczne głównie dla osób nie rozumiejących czym jest polityka. A jest ona niczym więcej jak grą. Każdy, kto wniknął chociaż trochę głębiej w świat polityki, musi to dostrzegać.
Wszyscy ludzie decydujący się działać politycznie ponoszą koszta. Tracą czas, siły i środki, które mogliby poświecić na coś przynoszący im wymierne korzyści. Dlatego też nie jest bynajmniej łatwo znaleźć kandydatów na ministrów, czy nawet osoby chętne do udziału w wyborach. Łatwo jest wypowiadać się w Internecie lub pod budką z piwem. Gdy chodzi o własne życie zaczyna się kalkulacja. Na wiarę miejsca nie ma. Na bezkrytyczny osąd pozwolić sobie mogą tylko ci, którzy nic nie ryzykując biernie obserwują wydarzenia na politycznej scenie.
Rzecz jasna zdarzają się politycy mentalnie nie różniący się od swoich „kibiców”. Nie będący wyrachowanymi graczami, a faktycznie „apostołami”. Co się z nimi dzieje pokazał chociażby przykład Marka Jurka.
Obecnie szczególnie subtelną grę muszą prowadzić politycy odchodzący z Prawa i Sprawiedliwości. Tłum „wiernych” zapewne jest gotów ich ukamienować, lecz ja się im nie dziwię (co nie znaczy, że popieram). Uznali, iż grając w dotychczasowy sposób są coraz bliżej osobistej klęski. A zaangażowawszy tak wiele nie mogli zgodzić się na dobrowolną przegraną. Rozpoczęli więc nową rozgrywkę.



Komentarze
Pokaż komentarze (7)