Pięć lat temu „Gazeta Wyborcza” opublikowała artykuł Ustawa za łapówkę, czyli przychodzi Rywin do Michnika. Bez cienia przesady, można stwierdzić, że to wydarzenie zmieniło współczesną Polskę. Chociaż zapewne nie o to wówczas chodziło dziennikarzom „Wyborczej”.
Afera Rywina, która wybuchła w momencie, gdy Polacy zaczęli się wczytywać w tekst podpisany przez Pawła Smoleńskiego, jest często porównywana do afery Watergate. Rzecz jasna jednak, te dwie sprawy nie mają ze sobą nic wspólnego. Reporterzy „Washington Post” trafili na ślad gigantycznego skandalu przypadkiem i musieli przez długie miesiące żmudnie gromadzić dowody, spierając się równocześnie ze swoim szefostwem, które żądało potwierdzenia danych przed ich publikacją.
Dziennikarze „Wyborczej” napisali zaś artykuł z inspiracji swej dyrekcji, celowo pomijając pewne fakty (co po latach potwierdził sam Smoleński) i przedstawiając sprawę, o której tzw. warszawka wiedziała już od pół roku. Ustawa za łapówkę… miała być jedynie elementem gry prowadzonej przez Agorę. Nieświadomie jednak uruchomili lawinę. Zapewne do tej pory tego żałują.
Jak wspomniałem (i jak wszyscy wiemy), warszawka wiedziała o rozmowie Rywina z Michnikiem niedługo po jej przeprowadzeniu. Zawsze dobrze zorientowani Mazurek i Zalewski już 2 września 2002 roku opisali ją w żartobliwej formie w swej rubryce w „Wprost”. Zawsze mnie mrozi, gdy czytam te krótkie notatki. Tak naprawdę zawierają bowiem one wszystko, co potem z takim hukiem „ujawniła” Wyborcza:
# Mamy nieprawdopodobną historię! Jak Państwo wiedzą, rząd wysmażył ustawę, przez którą "Gazeta Wyborcza" nie będzie mogła kupić Polsatu. W tej sprawie do Wandy Rapaczyńskiej, szefowej Agory, przyszedł znany producent filmowy Lew Rywin. Zaproponował jej, że załatwi, iż rząd zmięknie, ale w zamian on ma zostać szefem Polsatu, Agora kupi jego firmę producencką i sypnie groszem dla SLD, a "Wyborcza" nie będzie atakować rządu. Niezłe, nie?
# Ale to nie koniec! Rapaczyńska wszystko spisała i poszła do Adama Michnika. Ten zadzwonił najpierw do Szymczychy, Janika i Koźmińskiego, a potem do Millera. Premier spotkał się z Michnikiem i zaprzeczył, że wysyłał kogokolwiek jako mediatora. Przyznał jedynie, że mediować chciał szef TVP Brunatny Robert (Kwiatkowski). Na to Michnik wyciągnął zza pazuchy notatkę Rapaczyńskiej. Miller posiwiał.
# Ale i to nie koniec! Rywin zadzwonił do Rapaczyńskiej, a ta spuściła go do Michnika. Naczelny "GW" rozmowę z Rywinem nagrał na dwa magnetofony (jeden miał za książkami, drugi w marynarce). Potem panowie spotkali się w trójkę: Miller, Michnik i Rywin. Zakłopotany Lew zwalił winę na Brunatnego Roberta, ale ten się wszystkiego wyparł. Morał: nie gadać z Michnikiem, bo nagrywa. I ważne dla bezrobotnych: za jakiś czas do wzięcia posada szefa Polsatu. Oczywiście, całą historię opowiedzieli nam prowokatorzy i my się od niej odcinamy, bo to na pewno nieprawda, przecież politycy zachowują się zupełnie inaczej!
Powyższy tekst przeszedł bez żadnego echa. To, co w następnym roku miało być głównym tematem mediów przez kilka miesięcy, nie wzbudziło w tym momencie ich żadnego zainteresowania. Naszych dzielnych „reporterów śledczych” nie zajęła kwestia opisanych przez Mazurka i Zalewskiego patologicznych zachowań jednych z najważniejszych i najbardziej znanych ludzi w Polsce.
Ten przykład jaskrawo pokazuje, jak wyglądała III RP. Zmowa milczenia przykrywała wspólne interesy. Lecz to w końcu musiało pęknąć. Polacy mogli być okłamywani, ale przecież widzieli co się wokół nich dzieje. Dlatego „afera Rywina” wywarła tak piorunujący efekt.
Rzecz jasna, poza Rywinem (i jego lekarzem) nikt siedzieć nie poszedł. To jednak dzięki działaniom komisji śledczej dwóch ludzi: Ziobro i Rokita, umożliwiło swoim partiom urosnąć w siłę. W 2005 roku Polacy głosując nadal pamiętali o Rywinie i prawdziwym obrazie kraju, który ukazało śledztwo komisji.
Należy podkreślić, że zmiana kształtu sceny politycznej, nie musi oznaczać zmiany zwyczajów naszych elit. Nie wątpię jednak, że pod tym względem trochę się od czasów konszachtów Millera z Michnikiem zmieniło. Pewne nici zostały przerwane, a strach przed (chociażby) nagraniem powoduje większą ostrożność w kontaktach polityki oraz biznesu. Nie stało się tak oczywiście dzięki „odwadze” dziennikarzy „GW”, ale dzięki nam wszystkim: Polakom, którzy jasno pokazali, że mają dosyć świata, w którym „warszawka” czuła się tak wygodnie.
Niestety na koniec warto dodać, że po pięciu latach ponownie powstają warunki charakterystyczne dla „Rywinlandu”. Media znów ostrożnie dobierają tematy, a oligarchowie uśmiechają do swych przyjaciół z rządu. Jednakże po wydarzeniach z lat 2002-03 nikt już chyba nie działa tak bezczelnie i z taka pogardą dla państwa oraz jego obywateli. Od pięciu lat każdy, pragnący dorobić się na Polsce, czuje strach.



Komentarze
Pokaż komentarze (28)