Temat aborcji powrócił. Zawsze wraca. I jak zwykle możemy spodziewać się dokładnie takiego samego przebiegu publicznej debaty, i takich samych argumentów. Podnoszonych, podkreślmy, głównie przez mężczyzn.
Tymczasem prawda jest taka, iż my tu mamy najmniej do powiedzenia. Od wieków, niezależnie od tego jakie było oficjalne nastawienie społeczeństwa do aborcji, kobiety robiły to, co uważały za stosowne.
One wiedziały, do kogo się zgłosić, gdy pojawiała się niechciana ciąża. Przez stulecia funkcjonowała instytucja „czarownicy”. Głównym zadaniem takich kobiet było spędzanie płodów przy pomocy różnego rodzaju sposobów, których charakteru teraz się nawet nie domyślamy (może i lepiej).
Mężczyźni mogli zabraniać, tworzyć prawa, karać, ale miało to niewielki wpływ na kobiecy świat. Także dlatego, iż czasem także im samym bardzo odpowiadało, gdy ich kochanka w odpowiednim momencie zgłaszała się do „czarownicy”.
Czy ja uważam takie praktyki za dobre? Rzecz jasna – nie. Rozumiem jednak jak brutalna bywa natura człowieka. Można prowadzić uczone dyskusje na temat etyki, moralności, wartości, lecz gdy tylko stajemy przed wielkim problemem natychmiast chcemy się z niego wyplątać za każdą cenę. Tak było od zarania ludzkości, i tak będzie nadal. Świadczy o tym chociażby wielkość podziemia aborcyjnego w naszym kraju.
Mężczyźni mogą więc prowadzić swoje polityczne dysputy i oceniać kiedy płód staje się człowiekiem. A kobiety, niezależnie od aktualnie panującego prawa i tak będą decydowały same, sprawiając, że debaty o aborcji można będzie podsumować co najwyżej gorzki uśmiechem.



Komentarze
Pokaż komentarze (13)