Po długiej i burzliwej dyskusji, w nieoficjalnym głosowaniu członków partii (wszystkich - od posłów, poprzez radnych wojewódzkich oraz miejskich, aż do całkiem szeregowych działaczy) zdecydowanie zwyciężyli przeciwnicy Lizbony (43 do 23). Dla mnie to nie było zaskoczeniem, podobnie jak dla każdego znającego nieco poglądy członków i sympatyków partii na traktat. Dla Jackiewicza trochę tak. Cóż, ciekawe, jak jutro zagłosuje.
Tak, czy inaczej, decyzja o rezygnacji z dyscypliny partyjnej jest smutną kapitulacją. W ten sposób PiS przyklepuje Lizbonę i sprawia, że całe zamieszanie ostatnich dni wydaje się być absurdem. Dzieje się to (zapewne) wbrew woli znacznej części potencjalnych wyborców. Jak zwykle ostatnio liderzy PiS najpierw obudzili w swoich sympatykach nadzieję, a następnie pogrążyli się w skomplikowanych rozgrywkach, z których nic nie wyszło.
Pozostaje zapytać: po co nam to było? Tylko po to, by Przemysław Gosiewski mógł teraz cieszyć się z łaski Tuska, który może zastanowi się nad ustawą jakoby obiecaną prezydentowi? Jackiewicz u nas też o tym mówił, co wywołało jedynie nerwowy chichot na sali.
PiS sam wybrał sobie pole bitwy, rzucił do walki najcięższe działa, a następnie poniósł spodziewaną klęskę. W dodatku generałowie kolejny raz potwierdzili, iż są coraz dalej od swojej armii. Jutro czas maszerować z białą flagą i spuszczonymi głowami.


Komentarze
Pokaż komentarze (21)