- Cesarz proponuje mi przystąpienie do chrześcijańskiej rodziny? - rzekł książę spoglądając uważnie na ubranego z niemiecka rycerza.
- Właśnie tak. Cesarz pragnie wyrazić nadzieję, iż Polanie nie będą zaporą w budowaniu nowej Europy. Inaczej... inaczej mogą tego żałować. Przyjęcie zaś chrześcijaństwa da wam całkiem nowe możliwości. Zwłaszcza tobie, książę... - Rycerz uśmiechnął się. - Gdy przyjmiesz chrzest staniesz się równy władcom Zachodu. Sam cesarz będzie dla ciebie jak brat.
- To bardzo ciekawe - Mieszko pokłonił się znikającemu za horyzontem słońcu. - Ale czy przypadkiem chrzest nie oznacza również przyjęcia zwierzchnictwa cesarstwa?
- Cóż... takie są teraz zasady budowane w nowej Europie przez Święte Cesarstwo. Z czasem wszyscy władcy uznają uniwersalną władzę cesarza. Im szybciej to zrobisz, książę, tym lepiej dla twej krainy. Zaskarbiając sobie wdzięczność i miłość cesarza, zapewnisz swemu ludowi lepsze życie.
- Lepsze życie?
- O, tak! Już nie będzie najazdów margrabiów. Cesarstwo to pokój i handel. Wielka strefa dobrobytu od oceanu na zachodzie do niezmierzonych puszcz na wschodzie...
- Pozostaje mi więc czym prędzej rozpatrzyć tak szczodrą ofertę Cesarza... Naradzę się ze swymi wojami...
- Ależ książę, ty potrzebujesz pytać się o zdanie prostych wojów? Ty, tak potężny władca?
- Nie wiem, jak jest w krajach Cesarstwa, ale my tu mamy taki zwyczaj. Mój ojciec tak robił, i dziad i pradziad. Nie podejmuje się ważnych decyzji bez narady z ludem.
Po tych słowach Mieszko oddalił się. Niemiecki rycerz został sam. Patrzył chwilę na jezioro, pomyślał o dziwnych zwyczajach panujących w kraju Polan i mruknął do siebie:
- Barbarzyńcy.
***
Zgodnie z przewidywaniem Mieszka, plemienny wiec nie przyniósł konkretnych rezultatów, szybko zamieniając się w wielką bijatykę. Jednak ku zaskoczeniu księcia, wśród drużynników znalazło bardzo wielu zwolenników chrześcijaństwa i sojuszu z Cesarstwem. Oczywiście, jeszcze więcej pomstowało na pomysł wyparcia się wiary przodków, ale najznaczniejsi wojowie po prostu milczeli.
- I cóż radzisz? - Mieszko zwrócił się do Czcibora, swego najwierniejszego i najzdolniejszego brata. Stali w oknie komnaty, przyglądając się zamieszaniu na dziedzińcu.
- Wśród nas są tacy, którzy już od dawna czekali na znak krzyża. Widząc jak Cesarstwo miażdży Wieletów uznali, iż nie ma innego wyjścia, jak go przyjąć. Zresztą, obaj to dobrze wiemy - Czcibor wzruszył ramionami. - Ale to co proponuje cesarz, oznacza nasze podporządkowanie się jego woli. To, czego nie udało mu się zrobić zbrojnie, dokonają jego kapłani.
- Tak jak rzekłeś bracie, nie mamy innego wyjścia. Czy więc musimy poddać się wyrokom losu? Czy nasi bogowie chcą, byśmy się od nich oddalili? A może to moc nowego bożka jest taka silna?
- To nie rzecz bogów, a ludzi. Ich zawsze da się pokonać... - Czcibor pogrążył się w myślach, a brat nie przerywał mu w rozważaniach. W końcu rzekł: - W świecie chrześcijańskim gesty liczą się czasem bardziej od siły. Nie zatrzymamy biegu dziejów, ale możemy im nadać korzystny dla siebie bieg. Przyjmijmy chrzest, ale inaczej, niż tego chce od nas Cesarstwo.
Mieszko nie musiał długo zastanawiać się o czym mówi brat:
- Czechy! Bolesław! On nam pomoże! - księciu błysnęły oczy. - To będzie inna droga, jaką wybierze państwo Polan.
- I Cesarstwu się nie sprzeniewierzymy, bo przecież Czechy do niego należą.
- Właśnie... - Mieszko pokiwał głową. - Ale to już nie będzie to samo, co brać chrzest wprost z cesarskich rąk. Pokażemy im, że z nami nie tak łatwo...


Komentarze
Pokaż komentarze (11)