Minister spojrzał na dokumenty, które właśnie przeglądał. A raczej ich kopie, które oficjalnie nie istniały. Oryginały znajdowały się w aktach prokuratury i zostały kilkadziesiąt godzin wcześniej zarekwirowane przez ABW. Stechyn spokojnie czytał treść kolejnych stron. O informacje w nich zawarte historycy, dziennikarze, a przede wszystkim politycy by się pozabijali. Zresztą, wiele osób już przez te papiery zginęło.
Stechyn westchnął. W jaki kanał wpadali przez tego Walezego. Niestety, ta postać stała się ostatnio kluczowa w krajowym układzie politycznym - mimo iż sama niewiele mogła. Jeszcze nie tak dawno Walezy był zerem. Po tym jak w wyborach 2000 roku otrzymał jeden procent głosów wszyscy, łącznie z nim samym, byli przekonani, że już czas na polityczną emeryturę bohatera demokratycznej opozycji. Przez kilka lat Walezy praktycznie nie mieszkał w kraju. Zarabiał pieniądze objeżdżając świat i pokazując się obcokrajowcom na spotkaniach eufemistycznie zwanych „wykładami". Wówczas przeszłość Walezego mało kogo obchodziła. Były ważniejsze sprawy.
Sytuacja zmieniła się diametralnie po roku 2005. Ruch Obywatelski niespodziewanie przegrał wybory, a przerażony Donald Turk zaczął szukać nowej strategii na pokonanie Partii Sprawiedliwości. Przywódca RO znalazł dwa rozwiązania. Po pierwsze zbliżył się do grupy ludzi, dla których rządy braci Kaczkowskich były autentycznym zagrożeniem. Ci, jak ich nazywano, Przyjaciele potrafili bardzo wiele - szybko to się miało okazać.
Po drugie, Ruch Obywatelski wybrał strategię wystąpień publicznych nazwaną potem chochołowszczyzną. Od nazwiska Stefana Chochołowskiego - najbardziej aktywnego praktyka metody polegającej na maksymalnym i całkowicie bezrefleksyjnym opluwaniu wszystkiego co związane z PS oraz Kaczkowskimi. Dzięki posiadającym wpływy w mediach Przyjaciołom, największa bzdura opowiadana przez Chochołowskiego stawała się newsem dnia.
Stechyn nie pamiętał już kto zaproponował, by do akcji wciągnąć Walezego. Był to jednak świetny ruch. Były prezydent od lat miał własne porachunki z Kaczkowskimi, a w wymyślaniu obelg nikt mu nie dorównywał. Nawet Chochołowski patrzył na wyczyny Walezego z zazdrością.
Media nagle przypomniały sobie o dawnym bohaterze. Stacje informacyjne z upodobaniem pokazywały Walezego wyzywającego urzędującego prezydenta od durnia, psychola, sk...syna. Słupki poparcia dla Walezego zaczęły rosnąć. Tym samym jego wartość dla Ruchu Obywatelskiego także zaczęła wzrastać. Wkrótce Turk, a z nim inni politycy RO zaczęli nazywać Walezego nie inaczej niż „narodowy skarbem", „mężem stanu", „moralnym autorytetem". Dla Ruchu Obywatelskiego były prezydent stał się rodzajem symbolu. Zwłaszcza, iż jakoby pierwszy poznał się na niemal zbrodniczym charakterze braci Kaczkowskich.
Był jednak pewien problem, o którym wiedzieli nieliczni, ale mogli kiedyś dowiedzieć się wszyscy. Lech Walezy przez lata współpracował ze Służbą Bezpieczeństwa. Wprawdzie lustracją mało kto jeszcze się przejmował, ale w tym przypadku sytuacja wyglądała inaczej. Na kryształowym życiorysie bohatera nie mogła pojawić się rysa. Tym większa, że Walezy zawsze zaprzeczał wszelkim spekulacjom jakoby w pierwszej połowie lat siedemdziesiątych pracował dla SB. Znaczy - po prostu kłamał.
I oto kilka miesięcy temu okazało się, że pewien dziennikarz przygotowuje książkę o zabójstwie księdza Jana - słynnego męczennika czasów komunistycznych. Zabójstwo kapłana wstrząsnęło światem. Nikt nigdy nie zastanawiał się publicznie nad powodami śmierci księdza Jana. Uznawano po prostu, że zrobił się dla władz zbyt niewygodny. Tymczasem Stechyn znał przyczynę śmierci męczennika. Konkretną przyczynę.


Komentarze
Pokaż komentarze (24)