Stechyn niezbyt się przejmował faktem, że Walezy współpracował z SB. Obrona byłego prezydenta stanowiła jedynie kwestię taktyczną. Sam minister nigdy nie był agentem i w głębi duszy czuł pogardę dla tych, którzy dali się złamać. On też działał przez kilka lat w opozycji, lecz nigdy nie miał problemów z bezpieką. Jego, młodego i porywczego studenta, komuniści nie byli w stanie ani zastraszyć, ani przekupić. A gdy, jako zasłużony działacz NZS, opuszczał mury uczelni, SB (jako instytucji) już nie było.
I teraz to Stechyn mógł zastraszać oraz przekupywać. Na wspomnienie roku 1990 minister zawsze uśmiechał się w duchu. To były czasy... Nie miał nawet trzydziestu lat i grosza przy duszy, ale nagle okazało się, że jego znajomi są wszędzie. Wszędzie, gdzie władza i pieniądze. Będąc zaradnym człowiekiem bohater NZS szybko pożyczył kasę, założył firmę, potem druga, trzecią... Rządowe kontrakty i koncesje posypały się same. Trzeba było tylko wiedzieć, jak odwdzięczać się starym przyjaciołom. A Grzegorz Stechyn potrafił być wdzięczny. Wiedział też jak cenną cechą jest lojalność. Nie przypadkiem zawsze powtarzał, że „Ojciec chrzestny" to najważniejsza książka, jaką w życiu czytał.
Szybko okazało się, iż w realizacji ambitnych planów młodego absolwenta historii świetnie mogą dopomóc pracownicy Służby Bezpieczeństwa. Negatywnie zweryfikowani bezpieczniacy nie zamierzali siedzieć na kuroniówce. Chętnie służyli swoimi licznymi talentami, a przede wszystkim niezmierzoną wiedzą każdemu, kto chciał płacić. A Stechyn chciał.
Początkowo dawni obrońcy PRL przesiadywali na ogródkach działkowych. Jako pierwsi w kraju testowali cudowne osiągnięcie zachodniej cywilizacji - grill. Jedli kiełbaski, pili wódkę, palili Radomskie i wspominali pełne chwały czasy. Stechyn był raz na takim spotkaniu. Gospodarz bez skrępowania pokazał mu wnętrze altanki. Narzędzia ogrodnicze opierały się w niej o sterty tekturowych teczek. Niektóre gniły, z innych papiery wysypywały się na zabłoconą podłogę.
- Widzisz... - wymamrotał esbek. - Nie wszystko spaliliśmy.
- Ale co to jest? - osłupiał Stechyn.
- To są pieniądze.
I to faktycznie były pieniądze. Rzecz jasna, nikt Stechynowi nie dawał do ręki żadnych materiałów. Przynajmniej nie na początku. Po prostu młody biznesmen szedł do swojego eksperta i podawał mu nazwisko człowieka, z którym akurat miał problem. Mógł to być kontrahent, który nie chciał płacić, jakiś wścibski prokurator, lub dziennikarz zbytnio nagłaśniający jego interesy. Ekspert znikał na parę dni, a potem ludzie milkli. Nagle sprawy się po prostu kończyły. Reporterzy przestawali pisać, policjanci śledzić. Tak można było robić interesy!
Oczywiście, miało to też swoje złe strony. Stechynowi wydawało się czasem, iż esbecy mają jakaś swoją własną organizację i tak naprawdę tylko jej służą. Dawali się wynajmować, ale równocześnie realizowali własne plany - czy też raczej w rzeczywistości pracowali dla tych, którzy płacili najwięcej. A z początku Stechyn do tej grupy nie należał.
Prawdziwe okiełznanie (czy też raczej to, co Stechynowi się tym wydawało) bezpieczniaków nastąpiło po wielu latach, gdy powstała wielka partia kolegów przyszłego ministra: Ruch Obywatelski. W skład nowego ugrupowania weszło wielu ludzi przez lata korzystających z pomocy „Przyjaciół". Nic więc dziwnego, iż postanowili oni połączyć siły i postawić czerwonym roninom twarde warunki - oferując równocześnie atrakcyjne profity ze współpracy.
Nie wiadomo kto był prawdziwym panem sytuacji, ale bezpieczniacy zgodzili się. Stopniowo porzucali swych dotychczasowych politycznych patronów i przeszli do obozu RO. Swoje nadzwyczajne umiejętności pokazali podczas wyborów prezydenckich, gdy sprawnie zniszczyli jednego z kandydatów. Niestety, jak się potem okazało - nie tego, którego powinni...
Jak jednak mówi przysłowie - co się odwlecze, to nie uciecze. Do kolejnych wyborów Ruch Obywatelski przygotował się znacznie lepiej. I teraz, kiedy cała władza była w rękach Stechyna oraz jego kolegów, Przyjaciele mieli prawdziwą szansę pokazać co potrafią.


Komentarze
Pokaż komentarze (8)