254 obserwujących
1892 notki
3001k odsłon
  2593   0

25 lat gęgania, czyli czy "Wyborcza" przeprosi Leskiego?

Dziś 25. rocznica ukazania się pierwszego numeru „Gazety Wyborczej”: dziennika, który miał być głosem „Solidarności”, a szybko stał się zabawką w rękach jednego, niewielkiego środowiska towarzysko-politycznego. W rocznicowym tekście Adam Michnik porównał swoją redakcję do gęsi kapitolińskich, które podczas najazdu Gallów obudziły obrońców Rzymu:

Nigdy nie było nam wszystko jedno; reagowaliśmy – nieraz przesadnie – na zagrożenia dla prawdy i wolności. Pamiętaliśmy, że w czasach starożytnych to gęgające gęsi uratowały Rzym, ostrzegając przed nieprzyjacielem. Chcieliśmy i chcemy być jak tamte gęsi kapitolińskie…

Problem w tym, że gęganie kapitolińskich gęsi przydało się przynajmniej raz. Tymczasem „Wyborcza” zamęcza Polaków swoim gęganiem niemal codziennie od 25 lat – a niczym dobrym to nie skutkuje. Zwłaszcza, że gęsi z Czerskiej zwykle gęgają na myśl o własnych urojeniach i fobiach - biorąc je za realne strachy.

Na szczęście im dalej od 1989 roku, tym Polacy gęganiem „Wyborczej” się coraz mniej przejmują. W tej chwili histeryczne pogęgiwania dochodzące z łam „GW” są traktowane co najwyżej z politowaniem – i dobrze.

Uśmiech budzi teraz także inna tradycyjna cecha ludzi „Wyborczej” (pokrewna zresztą do gęgania), czyli pragnienie dostosowania rzeczywistości do własnych wizji – czasem wbrew ewidentnym faktom. „GW” nie uniknęła tego nawet w dniu swojej rocznicy, na co zwrócił uwagę Krzysztof Leski.

Na swoim blogu Leski przypomina, w jakich okolicznościach został wyrzucony ze świętującej dziś gazety. Najpierw cytuje fragment okolicznościowych wspomnień Edwarda Krzemienia:

I w 1990 r., kiedy Mazowiecki przegrał wybory już w pierwszej turze, i w roku następnym „Wyborcza” sparzyła się trochę na tym zaangażowaniu w bieżącą politykę. Wtedy została sformułowana zasada, że staramy się, by w polityce „Wyborcza” nie była stroną, może nią być w publicystyce, w komentarzach.

Potem zaś wyjaśnia, jak było naprawdę:

Wtedy”? Czyli po porażce Mazowieckiego? A może jesienią 1991? Nie, Edziu. Ta zasada obowiązywała zawsze. Także w “Tygodniku Mazowsze”, w którym wszak pracowałeś niemal równie długo, jak ja. (…) Wyleciałem z “Gazety”, bo nie godziłem się na fałszowanie informacji w kampanii prezydenckiej 1990. Na wykpiwanie Wałęsy w moich relacjach z wieców wyborczych. Nie dlatego, bym go popierał: byłem za Mazowieckim. Ale byłem reporterem. W tej roli miałem obowiązek cytować to, co istotne, co nowe, a nie tylko to, co budziło śmiech lub strach.

Jak zaznacza Leski, gdy domagał się pisania prawdy o kampanii wyborczej, nikt bynajmniej się go nie dopytywał, czemu chce wprowadzać „nowe zasady”:

Powtórzę: nie wyleciałem za łamanie zasad. Nie wyleciałem za domaganie się ich zmiany. Wyleciałem, bo żądałem poszanowania zasad oficjalnie obowiązujących. Cieszę się, że dziś sama “Gazeta” widzi, że wtedy przegięła. Skoro tak, i skoro byłem jedynym, który protestował i za to wyleciał… Jakieś drobne “sorry”?

Szczerze mówiąc, jakoś nie sądzę, żeby Leski doczekał się przeprosin od tych ludzi, „którym nie jest wszystko jedno”.

Lubię to! Skomentuj15 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale