Blog
PiS&Love
Rybitzky
257 obserwujących 1886 notek 2905820 odsłon
Rybitzky, 18 października 2017 r.

Nowa Polska - cz.1

1553 5 0 A A A

Na mój widok dziewczyna miękko zsunęła się z kolan prezydenta. Zaszeleściły falbanki ludowego stroju z Nowogródczyzny, mignęły czarne oczy i jeszcze bardziej czarny warkocz. Indianka. Błysnęła niczym nie speszonym uśmiechem, po czym sprytnie prześlizgnęła się obok mnie, znikając za drzwiami.

Obecność rozchichotanej młódki w gabinecie naszego prezydenta w ogóle mnie nie zdziwiła. Jego upodobanie do dziewcząt nie zanikało wraz z wiekiem. Powiedziałbym wręcz, że im był starszy, tym większą radość sprawiało mu obściskiwanie dam, zwłaszcza tych dopiero zakwitających. Zdziwiło mnie, że to nie ja przedstawiłem prezydentowi nową dziewczynę. Czyżby znów...

- To od Sierakowskiego – mruknął mój szef, Adam Mickiewicz, poprawiając apaszkę pod szyją. - Śliczna, prawda?

Chcąc nie chcąc, musiałem przytaknąć, rzucając w myślach wyzwiska na dowódcę przybocznej gwardii prezydenta Rzeczpospolitej. Zygmunt uparł się rywalizować ze mną o względy Mickiewicza – tak jakby prezydent nie doceniał jego talentów organizacyjnych i wojskowych. A przecież doceniał. Aż za bardzo.

- Grażynka – prezydentowi aż zaświeciły się oczy. A ja dopiero po chwili pojąłem, że nadal mówi o pięknej Indiance.

- To imię, które pan prezydent wymyślił w swoim poemacie... Czyżby córka wielbicieli?

- Tak, jej rodzice uczyli się w pierwszej polskiej szkole, tutaj, w Kościuszkowie. - Mickiewicz znów pogrążył się w słodkich myślach. Jego próżność poety musiała być zaspokojona po wielokroć: bałamucił dziewczynę nazwaną imieniem, które sam wymyślił. I to egzotyczną piękność, o jakiej nawet nie marzył, gdy biedował gdzieś na litewskiej wsi! No, ale trudno, by prezydent nie popadał czasem w samouwielbienie. Poeci są próżni, politycy też, a Mickiewicz to przecież poeta i polityk w jednej osobie.

Nie mogłem jednak pozwolić, aby szef pogrążył się w słodkich fantazjach, bo jeszcze byłby gotów wyrzucić mnie za drzwi i przywołać Grażynkę z powrotem. Zamaszystym gestem machnąłem Mickiewiczowi przed nosem plikiem papierów i rzuciłem je na biurko.

- Raport na temat emigrantów. Przybywa uciekinierów z Królestwa, ale najwięcej przypływa do nas chłopów z Galicji. Codziennie w portach wysiada kilkaset osób, czasem zdarzają się jednak dni, że dopływa kilkanaście statków i wysypuje się z nich ponad tysiąc ludzi.

- To wspaniale! Potrzebujemy ich, potrzebujemy każdego! - prezydent, jak zwykle, gdy mówił coś patetycznego, odruchowo podniósł brodę w górę i nastroszył bojowo czuprynę.

- Ale nasz kraj nie ma takich możliwości... Nie wyżywimy ich wszystkich, nie damy im pracy. Przynajmniej nie od razu.

- Pracę? - Mickiewicz spojrzał na mnie zdziwiony. - Praca jest dla nich tylko jedna: na granicy z Konfederacją! Podjąłem dziś decyzję. Dlatego ciebie wezwałem. Trzeba pisać zaproszenia na narady i pierwsze rozkazy.

„Aha, a więc wojna. Ciekawe, czy Grażynka dowiedziała się o zamiarach prezydenta nim dowiedział się o tym jego sekretarz” - pomyślałem cierpko, ale nie dałem po sobie nic znać, tylko ująłem pióro. Mickiewicz przez kolejne dwie godziny wytrwale dyktował mi rozkazy, listy i manifesty. Kiedy zaczynał pracę, ulatywał z niego duch starego satyra. Był dziarski, pomysłowy, a przede wszystkim pełen idei. Spisywałem jego słowa i rozumiałem dlaczego to jego wybraliśmy na prezydenta Rzeczpospolitej Teksańskiej.

Kiedy Mickiewicz podyktował mi już wszystko, co zamierzał, zapytałem, czy mam pojechać nad granicę.

- Owszem, wysyłam cię w specjalnej misji nad granicę, ale nie nad tę. - odparł mój szef. - Weźmiesz szwadron i udasz się na Kresy. Tam, daleko na zachodzie, dzieje się coś bardzo niepokojącego. Podejrzewam zdradę.

- Generał Hipolit Oladowski? - dziwne zachowanie dowódcy Dywizji Kresowej nie było już dla mnie tajemnicą.

- Tak jest. Od kilku miesięcy nie przesyła raportów. Ruch kurierów ustał. A co najgorsze, nie powrócił żaden patrol wysłany do Nowego Kijowa. Nie mamy pojęcia, co się tam dzieje. - Mickiewicz rozwinął mapę zachodniej części kraju i wskazał palcem niewielką osadę pośród bezdroży Kresów. - Nowy Kijów nie ma specjalnego znaczenia w rozgrywce z Konfederacją. Dywizja Kresowa jest słaba i jej bunt nam nie zaszkodzi. Ale to niedopuszczalne, aby kraj nam się rozpadał! Hipolit jest po prostu bezczelny! Dlatego weźmiesz ludzi i sam opanujesz sytuację. Dostaniesz ode mnie wszelkie uprawnienia.

- Tak jest, panie prezydencie – ledwie powstrzymałem się, aby nie zasalutować piórem. - Ale mam jedno pytanie. Co z naszym wywiadem? Czy tą sprawą nie powinien zająć się generał Zamoyski?

Mickiewicz zasępił się i nerwowo zabębnił palcami o blat biurka.

- Oczywiście, że to sprawa dla Zamoyskiego i jego ludzi. Ale Zamoyski woli siedzieć w Hotelu Lambert. A to po drugiej stronie oceanu, jak wiesz. Oladowski go jakby mało zajmuje.

Opublikowano: 18.10.2017 12:18.
Autor: Rybitzky
Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

Ostatnie notki

Obserwowane blogi

Najpopularniejsze notki

Ostatnie komentarze

  • Tak, że - jak widać - mam czas na jeden tekst do roku ;)
  • Wychodzi na to, że owszem :)
  • @Autor Dziękuję za życzenia i dobre słowo :) uzupełnię tylko, że w KPRM nie znalazłem...

Tematy w dziale Kultura