138 obserwujących
5122 notki
1980k odsłon
  54   0

CHOPRA, ANJA (!) I POLSKIE SIATKARKI

Tekst ten piszę na lotnisku w Bangalore, czyli w „Dolinie Krzemowej” Indii. To tu swoje zaplecze informatyczne ma Lufthansa i szereg amerykańskich firm. Hindusi mają dla nich tę zaletę, że wszyscy nieco lepiej wykształceni mówią po angielsku. Jestem tu po raz trzeci w życiu, ale po raz pierwszy z powodów czysto sportowych. Nie chodzi jednak o krykiet, w którego ta nacja gra całkiem przyzwoicie, ani o hokej na trawie (były czas, gdy Hindusi dominowali na świecie w tej. dyscyplinie).ani też podglądanie treningów oszczepnika Neeraja Chopry, sensacyjnego mistrza olimpijskiego z Tokio w oszczepie (i wicemistrza świata rok później z amerykańskiego Eugene), który zdobył dla swojej ojczyzny pierwszy(!) olimpijski złoty medal.
Otóż uczestniczyłem jako prelegent w VI World Summit On Ethics & Leadership In Sports. Byłem pierwszym cudzoziemcem, który przemawiał na tej konferencji. Po mnie był na przykład wielokrotny mistrz świata w bilardzie Suniti Damani czy były kapitan reprezentacji Indii właśnie w hokeju na trawie Shiri Sandeep Singh. Mówiłem o stanowisku UE wobec sportu zarówno w sensie regulacji prawnych, jak i pomocy finansowej. Z gości „Z rodzinnej Europy” (tytuł książki Czesława Miłosza), obecni byli – co pewnie znacznie bardziej zainteresuje czytelników „Słowa Sportowego”: jeden z szefów lidera piłkarskiej Bundesligi Stefan Krauß oraz piłkarka ręczna z Norwegii, mistrzyni olimpijska z Pekinu, dwukrotna wicemistrzyni świata oraz trzykrotna mistrzyni Europy Anja Hammerseng-Edin. Grała z Polkami i zna jedno polskie słowo: „dobre”. W tym wieku (i  tysiącleciu) polskie piłkarki ręczne dwa razy niespodziewanie zajęły czwarte miejsce na mistrzostwach świata – ale tym norweskiej złotej multimedalistce zaimponować nie mogłem ,choć przecież to najlepszy rezultat kobiecej  reprezentacji Polski we wszystkich dyscyplinach zespołowych. Z Anją porozmawialiśmy przy obiedzie, jedząc dania wegetariańskie, bo tylko takie oferowali gospodarze. Natomiast Stefan z Unionu Berlin opowiadał mi, że dla jego klubu, pozostającego zawsze w cieniu lokalnego rywala Herthy, gra w Bundeslidze była marzeniem. Jak spełnił to marzenie, to z kolei marzył, żeby się utrzymać. Nie tylko się utrzymali, ale byli na tyle wysoko w tabeli, że zagrali  w Lidze Konferencji Europejskiej, czyli w tym najsłabszym pucharze UEFA, ale jednak pucharze. W kolejnym sezonie finiszowali na piątym miejscu, dzięki czemu mogli zagrać już oczko wyżej czyli w Lidze Europejskiej. Miałem wrażenie, że rozmawiam ze szczęśliwym człowiekiem, który ma wrażenie, że śni i bardzo chciałby śnić tak, jak najdłużej. Kibice Lecha Poznań też chyba nie chcą się obudzić z ich europejskiego snu, bo Lech, remisując na trudnym izraelskim terenie z bardzo trudną publicznością (przekonały się o tym siostry Radwańskie, które walcząc w drużynowych mistrzostwach świata, rywalizowały nie tylko z gospodyniami, ale też z kibicami, których chyba żywcem przetransferowano ze stadionu piłkarskiego na tenisową widownię) zapewnił sobie już w praktyce awans do kolejnej rundy swojego europucharu.

Polskie siatkarski wypełniły program minimum, awansując do pierwszej „ósemki” mistrzostw świata. Szereg działaczy w to nie wierzyło, a my wszyscy chyba z pocałowaniem ręki wzięlibyśmy przed mistrzostwami świata  pierwszą „ósemkę”. Jednak apetyt rośnie w miarę jedzenia i po rozbiciu mistrzyń olimpijskich – USA – i to aż 3:0 zaczęliśmy śnić o pierwszej „czwórce”. I pewnie byłoby to nawet bardzo prawdopodobne, gdyby nasze dziewczyny nie potraciły punktów na początku mistrzostw (na przykład porażka „za trzy punkty” z Dominikaną), co ostatecznie skazało nas na walkę w ćwierćfinale z mistrzyniami świata – Serbią. Przeciwnik to dla nas ekstremalnie niewygodny, skoro ostatni raz wygraliśmy z nimi w półfinale I Igrzysk Europejskich w Azerbejdżanie w 2015 roku. Wiem, co mówię, bo byłem w Baku na tych historycznych, bo pierwszych euroigrzyskach. Skądinąd warto dodać, że również tam ostatni raz polskie siatkarki pokonały inną reprezentację, która nam całkiem nie leży czyli Turcję. Szkoda, że tylko w grupie, bo jednak finał z Turczynkami nasze dziewczyny przegrały.

Reasumując: gratulacje dla Biało-Czerwonych, które w Królestwie Niderlandów, a potem w Gdańsku i Łodzi, walczyły z wielką ambicją i zajęły miejsce wyraźnie powyżej tego, na którym były sklasyfikowane w rankingu światowej federacji FIVB. Ale tym bardziej szkoda, że drużyna, która mentalnie dojrzała w czasie tych MŚ i nabyła „instynkt zwycięzcy”, wygrała z Niemkami dopiero w tie-breaku zamiast 3:1, na co była bardzo duża szansa – bo przez to dziewczyny musiały zagrać z Serbią, a nie z USA, które przecież wcześniej rozgromiły do zera.

Kobieca siatkówka rokuje jednak naprawdę świetnie. Jest wielka szansa, że na igrzyskach w Paryżu, po 16 latach pojawią się obie polskie reprezentacje: i męska, która będzie faworytem i żeńska, która będzie chciała bić się o przepustkę do historii. Jako pasjonat dziejów naszego sportu i domorosły statystyk nadmienię, że ostatni medal olimpijski (a jednocześnie drugi w historii) siatkarska reprezentacja żeńska wywalczyła w Meksyku w 1968 roku. W Paryżu za dwa lata minie 56 lat od tamtego medalu…

•    Tekst ukazał się w „Słowie Sportowym” (17.10.2022)

Lubię to! Skomentuj1 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Sport