82 obserwujących
511 notek
1502k odsłony
3654 odsłony

Wikingowie, Chąśnicy oraz Vindafrelsi na Bałtyku.

Wykop Skomentuj12

W roku tysięcznym, gdy w stolicy chrześcijańskiego świata (Rzymie) pobożna ludność z przerażeniem oczekiwała przebudzenia okrutnego smoka o imieniu Lewiatan (zgodnie z proroctwami Sybilli i Apokalipsą św. Jana), na swojskim nam Bałtyku doszło do prawdziwego przełomu, jeśli chodzi o układ sił.

Nasze niezwykle wymagające morze, burzliwe, często skuwane lodem lub z „wędrującą” krą, niebezpiecznymi płyciznami, które mogło bez problemów zatopić lub wyrzucić w głąb lądu najpotężniejszy okręt, było miejscem skąd cukierkowi piraci z Karaibów uciekaliby z płaczem. Tutaj swe boje toczyli Wikingowie i Słowianie. Nazwa „Chąśnicy oraz Vindafrelsi” oznaczała słowiańskich junaków, właśnie piratów.

„Normańska burza” to (poza Bałtykiem!) w zasadzie działalność piechoty morskiej (takich marines:) – szybkie desanty, grabienie klasztorów i kościołów (później apetyty Wikingów wzrosły na skalę całych miast) a następnie ucieczka. Natomiast na naszym morzu toczono bitwy przerażające swą skalą i brutalnością.

Ówczesny pojedynek wilków morskich polegał głownie na abordażu i rozstrzygnięciu starcia w walce wręcz, gdzie liczyła się siła fizyczna i topory. Piraci nawet na lądzie trenowali swoje umiejętności (na specjalnie do tego zbudowanych platformach, przypominających szczepione okręty). Ten, który zdołał jako pierwszy przeskoczyć na wrogą jednostkę, tzn. nie odbił się od ściany tarcz i nie wpadł do wody, zdobywał sławę i bogactwo (zazwyczaj prawo do piątej części łupów). Dlatego też szaleńcza odwaga była tu normą.

W roku 1000 podczas bitwy pod Svold skończono na Bałtyku z piractwem wikingów w prawdziwie wielkim stylu. Tym piratem miał być chrześcijański już wtedy król Norwegii, Olaf Tryggvason, na czele 60 morskich smoków. A pokonały go sprzymierzone siły Duńczyków, Szwedów, opozycji norweskiej i Słowian (pod dowództwem księcia Wolinian, „desygnowanego” do tego przez Bolesława Chrobrego). Rzecz jasna historycy raczyli zapomnieć o Słowianach, podobnie jak o tym, że odtąd na Bałtyku datuje się ich (Słowian) panowanie.

Sprzymierzone siły były ponad dwukrotnie większe, jednak ich okrety były mniejsze, zwłaszcza słowiańskie (dzięki temu Słowianie nie bali się żeglować na płyciznach i potrafili znakomicie wykorzystać zalety swoich łodzi), zaś Olaf Tryggvason dysponował 11 drakkarami (jako jedyny władca w historii!), a resztę zaś jego floty stanowiły w większości sześćdziesięciowiosłowe skeidy. Wikingowie związali swe wielkie okręty za dzioby i rufy, tworząc ogromną pływającą ławę, i zmuszając przez to atakujących do uciążliwej walki wręcz kolejno na każdym pokładzie.

Straszliwa bitwa skończyła się całkowitym zwycięstwem tymczasowych sprzymierzeńców a Olaf Tryggvason zginął w walce, jak na Wikinga przystało.

Słowianie i Normanowie rywalizowali na morzu już od dłuższego czasu. O skali zagrożenia ze strony żywiołu słowiańskiego najlepiej świadczy sławne Danewirke – wały odcinające Półwysep Jutlandzki od reszty europejskich ziem, głównie od Słowian. Ten „normański mur” ciągnął się co najmniej przez 30 kilometrów a jego wysokoścć wynosiła 15 metrów i więcej.

Mimo iż zaprzysięgli wrogowie, początkowo Normanowie i Słowianie traktowali się z szacunkiem – opanowane okrety często oddawali za niewielką ich wartość, strannie też unikali zabijania (na to mogła mieć wpływ obawa przez słowiańską zemstą rodową, zwaną wróżda). Jednak to szybko zaczęło się zmieniać.

Około roku 808 władca duński Gottric (Gotfryd) dokonał rzeczy prawdziwie haniebnej – napadł na portowe miasto Rerik, które niemalże uważano za ziemię świętą. Było to miejsce eksterytorialne, gdzie nie wolno było wyciągać broni, a zaprzysięgli wrogowie spotykali się, by handlować i wymieniać jeńców. Znajdowało się ono na terenach Obodrzyców a mogło istnieć (rzekomo) nawet od III/IV wieku p.n.e.! Gottric, mimo iż wtedy znajdował się w stanie wojny z Obodrzycami (i Karolem Wielkim) to jednak nie zabijał (jakiś respekt wobec tego magicznego miejsca zachował), tylko przesiedlił Słowian, którzy wtedy Rerikiem zawiadywali, do nowej osady, Hedeby. Istnieje też teoria, która mówi, że legendarne miasto Rerik zostało zmyte przez ogromne fale.

Hedeby, które miało zająć miejsce Rerika, zbudowano naprawdę z rozmachem. Miało port niewiele mniejszy od sławnej antycznej Aleksandrii, co, zważywszy na cechy morza bałtyckiego, jest już niezwykłe. Jednak był to ośrodek sztucznie utrzymywany poprzez subsydia władców i został zniszczony przez najazdy Słowian i Norwegów w XI wieku. Jak widać, Hedeby nie odziedziczyły owej „magii”, jaką cechował się Rerik.

Innym niezwykłym ośrodkiem był Jamsborg, prawdziwe gniazdo morskich piratów, które, podobnie jak Rerik, także było uznawane za miejsce święte, gdzie nie wolno było używać broni. Niektórzy watażkowie i władcy odwiedzali Jamsborg, by najmować tam piratów. To nie dziwi, ponieważ zimowało tam czasami nawet 300 morskich smoków. Jamsborg rządził się demokratycznymi prawami - decydowała większość (oczywiście kapitanów okrętów:) Sami zaś piraci wykazywali wobec siebie niesamowitą wręcz lojalność. Często konfratrzy (czyli towarzysze broni) pomagali tym piratom, którzy pragnęli przejść na „emeryturę”, w wyegzekwowaniu należnym ich praw na rodzinnych ziemiach. Jamsborg padł pod koniec X wieku. Dotychczasowi piraci musieli sami szukać zatrudnienia. To najprawdopodobniej stamtąd pochodziła duża część drużników Mieszka I i Bolesława Chrobrego:)

Wykop Skomentuj12
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Kultura