12 obserwujących
32 notki
55k odsłon
  1544   2

NA KONTENEROWCU

Private Logbook

Madison Mærsk

Sept.13 th 1994-Dec. 7th 1994



image


Czyli 29 portów w ciągu 2 miesięcy i 28 dni



image


15 września 1994

Upłynęło trochę czasu od kiedy ostatni raz pisałem swoje wspomnienia, ale wydarzyło się w moim życiu trochę nieprzewidzianych wydarzeń i nie dawały one czasu, żeby spojrzeć na to z dystansu.

W roku 1993, kiedy już pogodziłem się z losem, że na „Elasmie Fynie” , nudnym „coal-carrierze” o nośności 137 tys. ton, długości 270 m szerokości 43 m i zanurzeniu maksymalnym 17 metrów, na którym kurs zmieniało się średnio raz na tydzień, doczekam emerytury, nagle zostałem zwolniony. Po prostu przysłali mi list, że w związku ze sprzedażą wszystkich statków, to bardzo żałują ( to zrozumiałe zważywszy, z kim mają do czynienia), ale nie mają mnie na czym zatrudniać. Zwolniono razem 43 ludzi.

Właściwie to wpadłem w panikę, bo moje miesięczne dochody wynosiły wtedy 18 tys. koron, podczas gdy wydatki zabierały 14,600 koron.

Przede wszystkim poleciałem zaraz do arbejdsløskasy (kasy bezrobotnych) ile dostanę jak stracę robotę, a miła panienka ( w 99% takich instytucji grzeją dupami stołki takie miłe panienki) powiedziała mi, że po podatku 10 tys. koron.

Czyli minus 4600 koron, pod warunkiem, że samochód odstawię na kołki, a żywił się będę po śmietnikach.

Wróciłem do domu i myślałem intensywnie przez 24 godziny, ale nic nie wymyśliłem oprócz tego, że się muszę rozejrzeć za robotą. Chwyciłem listę armatorów i zacząłem wydzwaniać do różnych armatorów, ale odpowiedź brzmiała przeważnie „nie”, albo „oddzwonimy”, co znaczyło to samo. Tak to przeważnie bywa, kiedy człowiek w potrzebie.

Wypiłem dużą whisky, bo postanowiłem już dzisiaj nie jeździć i wtedy przyszły do mnie córki, 15 letnia Agatka i 11 letnia Laura.

Zaraz zaczęły nudzić, żebym im kupił psa.

-Właśnie straciłem pracę i nie mam pieniędzy! – Macie tu dwieście koron i kupcie coś do jedzenia, bo nic nie mam w lodówce! -

-Ale jak dostaniesz pracę, to nam kupisz psa? -

-Tak- powiedziałem na odczepnego, i poszły po zakupy.

Bez przekonania zadzwoniłem do armatora o nazwie „GT-Link” (Gedser Travemunde Link).

I DOSATAŁEM NATYCHMIAST TAM PRACĘ!!!

Dziewczyny właśnie wróciły z zakupami (kupiły 5 gatunków czekolady do smarowania) i za chwilę wyjąc i śpiewając jechaliśmy do psiego schroniska, za miasto. Jechałem bardzo wolno pamiętając swoją whisky i zaraz wracaliśmy ze wspaniałym dobermnanem, którego kazałem Agacie nazwać „Whisky” ale nazwała go Gin”

( zaplanowałem wtedy kupić Laurze jamnika o nazwie Tonic).

                Do roboty w Gedser na wyspie Falster pojechałem tydzień później. Mój armator jak się okazało ma trzy dość stare promy „Gedser Link”, „Falster Link” i „Baltavia”. Statki żeglowały między Gedser a Rostockiem, a właściwie Uberseehafen czyli końcem autostrady do Berlina, 4 razy dziennie latem i 3 razy dziennie zimą. Wszystkie były pod banderą Bahama, ale załogi składały się w 100 % z ryżych, blondynowatych Duńczyków i najgorsze płaciliśmy normalny lądowy podatek 53%.

Praca okazała się wygodna i bez stressów, bo pływałem 1 dzień i trzy dni miałem wolne. Początkowo przez te trzy wolne dni nie wiedziałem co ze sobą zrobić. Jeździłem więc albo do Gdyni, albo do Århus przez Niemcy. W pierwszym przypadku było to w jedną stronę 580 km, w drugim zaś równe 500. Robiłem więc 2200 km tygodniowo i wkrótce mi się to znudziło. Cieszyłem się jadąc do Basi do Gdyni, ale już jadąc do niej wkurzałem się, że za dwa dni muszę wracać. Nie wspominając już o pieniądzach, a benzyny też za darmo nie dają.

W końcu popytałem i wynająłem w Gedser pokój u Edith Jensen, 75 letniej, energicznej i rozgadanej pani, która wynajmowała pokoje.

Jej dom stał koło dawno nie używanej wieży ciśnień i był budowany również do obsługi agregatu, który kiedyś zaopatrywał w prąd całe Gedser. Po agregacie został tylko fundament w wielkiej hali, której używano teraz jego depot piwa Carlsberg.

Dom był z czerwonej cegły i był tyle razy przebudowywany, że przypominał raczej krzyżacki zamek.

Wynająłem w nim mały pokój, za tysiąc koron miesięcznie.


image


                                                            U góry Gedser Link , u dołu Falster Link

Było tam trochę starych mebli, a jedyną moją własnością było bateryjne radio, które „ściągało” na falach długich Warszawę pierwszą.

W pokoiku pachniało intensywnie jabłkami i spało się tam wspaniale. Mieszkanie w Århus wystawiłem na sprzedaż.

Praca tutaj nie była nudna, zważywszy ogromny ruch statków na morzu i samochodów, które chciały się z nami zabrać do Niemiec, czy z Niemiec do Danii. Mój prom miał 4 duże restauracje, 2 snack bary, ale w mesie oficerskiej stała lodówka. Miała 2 metry wysokości i dwoje szklanych drzwi, a za nimi piętrzyły się stosy wspaniałych kanapek. (Dania ma specjalna szkołę, w której uczą jak robić kanapki. Nie dało się przejść koło tej lodówki i nie zjeść kanapeczki.

Lubię to! Skomentuj5 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości