Ten felieton dedykuję Jarosławowi Kaczyńskiemu i jego halabardnikom.
Motto: O matko Polko! źle się twój syn bawi! (Adam Mickiewicz)
UWAGA! Trudny przekaz, tylko dla tych, którzy potrafią uważnie czytać nieco dłużej niż 5 minut!
A teraz do rzeczy.
Są takie chwile, kiedy człowiekowi, mimo upływu lat, nagle wracają obrazy, których nigdy nie udało mu się wymazać z pamięci.
Mnie taka chwila dopadła, gdy zobaczyłem nocne selfie Jarosława Kaczyńskiego z Grzegorzem Braunem pod Trybunałem Konstytucyjnym. Zdjęcie, które przeraża i zniesmacza w sensie herbertowskiej kwestii smaku. Tak. Tak. To zdjęcie jest bardziej przeszywąjące niż "Krzyk" Munch'a.
I nie chodzi mi nawet o samą fotografię. Chodzi o jej symbolikę. O to, co ta fotografia mówi o dzisiejszej polskiej polityce. O granicach, które jeszcze niedawno wydawały się nieprzekraczalne, a dziś zostały przekroczone z taką nonszalancją, jakby przyzwoitość była jedynie niepotrzebnym balastem dla politycznych karier.
Patrząc na ten obrazek, przypomniałem sobie przemówienie Mieczysława Rakowskiego wygłoszone w nocy z 28 na 29 stycznia 1990 roku, podczas ostatniego XI Zjazdu Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Rakowski, ogłaszając zakończenie działalności PZPR, apelował, by nie wydawać o niej wyłącznie potępieńczych sądów. Przekonywał, że partia ta odegrała historyczną rolę, a jej dzieje powinny zostać poddane osądowi historii.
W końcu padły słowa:
„Ogłaszam zakończenie obrad XI Zjazdu Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Proszę o powstanie Towarzyszy, Towarzyszek i Towarzyszy. Sztandar Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej – wyprowadzić”.
Historia jest jednak przewrotna. Bo oto trzydzieści sześć lat później, pod Trybunałem Konstytucyjnym, oglądamy widowisko, które każe zadać pytanie, czy aby niektóre mechanizmy politycznego myślenia, które miały odejść wraz z tamtym sztandarem, nie odżyły w nowym, znacznie bardziej groteskowym wcieleniu.
I właśnie dlatego chciałbym dziś przypomnieć mój tekst sprzed lat, zatytułowany „Źle się dzieje z Rzeczpospolitą” – czytaj: https://www.salon24.pl/.../1016184,nawet-za-komuny-pisane... .
Napisałem w nim:
„Komunistów nie cierpiałem każdą cząstką duszy, bo mi wykończyli ojca. Ale muszę sprawiedliwie przyznać, że czerwoni przynajmniej stwarzali pozory, że liczą się z ludźmi. Natomiast arogancja, bezczelność, hucpa, grubiaństwo i buta PiS-u sprawiają, iż coraz częściej dochodzę do wniosku, iż ta partia w pomiataniu ludźmi posuwa się znacznie dalej, niż niegdyś Polska Zjednoczona Partia Robotnicza”.
Dziś podpisałbym się pod tymi słowami obiema rękami. A może nawet dopisałbym do nich kilka zdań.
Bo to, co obecnie wyprawia partia Jarosława Kaczyńskiego, a także polityczne środowiska Sławomira Mentzena i Grzegorza Brauna, jest w moim przekonaniu równie groźne, a w dzisiejszych warunkach niekiedy nawet bardziej destrukcyjne dla Polski niż działania komunistów.
I nie piszę tego dlatego, że zapomniałem, czym była komuna. Przeciwnie.
Pamiętam ją aż za dobrze. Nie jestem prawnikiem. Jestem obywatelem
Zacznę od sprawy zasadniczej. Nie zamierzam oceniać wydarzeń, które rozegrały się w nocy pod Trybunałem Konstytucyjnym i wewnątrz jego gmachu, w kategoriach prawnych. Nie jestem prawnikiem. Nie mam zamiaru udawać eksperta od przepisów, procedur i interpretacji konstytucyjnych. Od tego są prawnicy.
Ale nie trzeba być prawnikiem, żeby dostrzec, iż państwo, w którym instytucje konstytucyjne stają się areną partyjnych przepychanek, a politycy traktują je jak kolejne przyczółki do zdobycia, nie jest państwem zdrowym.
Nie trzeba być prawnikiem, żeby zrozumieć, iż Trybunał Konstytucyjny nie jest prywatnym folwarkiem żadnej partii.
I nie trzeba być prawnikiem, żeby odczuwać zwyczajny, obywatelski wstyd, kiedy na tle tak poważnego kryzysu ustrojowego pojawia się fotografia prezesa PiS z człowiekiem, którego publiczna działalność i wypowiedzi budzą mój głęboki sprzeciw.
Nie chodzi o to, kto z kim zrobił sobie zdjęcie. Chodzi o to, jakie granice politycznej przyzwoitości zostały właśnie przesunięte.
Nie o taką Polskę biłem się z ZOMO
W czasie stanu wojennego biłem się z ZOMO w Nowej Hucie i strajkowałem w mojej Almeae Matris Akademii Górniczo-Hutniczej, za co wtedy straszono karą śmierci.
Nie robiłem tego dla kariery. Nie robiłem tego dla stanowisk. Nie robiłem tego po to, żeby po latach jakiś polityczny wódz mógł urządzać sobie państwo według własnego widzimisię.
Biłem się, bo wierzyłem, że Polska może być krajem wolnych ludzi. Krajem, w którym obywatel nie musi się bać władzy. Krajem, w którym konstytucja nie jest dekoracją, a instytucje państwa nie są partyjnymi zabawkami. Krajem, w którym polityczny przeciwnik nie jest wrogiem, którego należy zniszczyć. Krajem, w którym człowiek nie musi wybierać pomiędzy własnym sumieniem a lojalnością wobec partyjnego przywódcy.
Kiedy w Nowej Hucie stawałem naprzeciw ZOMO, nie myślałem, że po kilkudziesięciu latach będę musiał patrzeć na podobne mechanizmy politycznej dominacji, tyle że w nowym opakowaniu. Nie myślałem, że wolna Polska stanie się przedmiotem tak bezwstydnej walki o partyjne wpływy. Nie myślałem, że ludzie, którzy tak chętnie odwołują się do patriotyzmu, będą traktowali państwo jak łup wojenny. I nie myślałem, że będę musiał przypominać, iż patriotyzm nie polega na bezwarunkowym uwielbieniu dla politycznego wodza.
Nie o taką Polskę biłem się z ZOMO.
Komuna przynajmniej wiedziała, że musi się z nami liczyć. Nie mam zamiaru idealizować PRL-u. Pamiętam represje. Pamiętam strach. Pamiętam ludzi, którym komunistyczna władza złamała życie. Pamiętam również własną rodzinną historię, bo komuniści wykończyli mojego ojca.
Ale właśnie dlatego potrafię dostrzec pewien paradoks. Komuniści mieli monopol na władzę, ale wiedzieli, że istnieją granice, których przekroczenie może doprowadzić do społecznego wybuchu. Władza ludowa miała cenzurę, aparat przemocy, propagandę i cały arsenał narzędzi służących utrzymaniu społeczeństwa w posłuszeństwie.
A jednak przyszła Solidarność. Przyszli ludzie, którzy powiedzieli: dość. I komuna musiała ustąpić.
Dzisiaj natomiast obserwuję polityków, którzy z wolności wywalczonej przez tamtych ludzi uczynili instrument do realizacji własnych ambicji.
Wolność słowa? Oczywiście. Ale najlepiej wtedy, kiedy mówi się to, co podoba się prezesowi PiS. Demokracja? Jak najbardziej. Ale najlepiej taka, w której przeciwnik polityczny nie ma prawa wygrać. Konstytucja? Owszem. Ale tylko wtedy, kiedy nie przeszkadza w realizacji partyjnych planów.
Państwo prawa? Piękne hasło. Szkoda tylko, że dla niektórych polityków prawo staje się przeszkodą, którą należy obejść, zneutralizować albo odpowiednio zinterpretować.
I właśnie dlatego coraz częściej dochodzę do wniosku, że dzisiejsza polityczna demoralizacja jest równie groźna, a w pewnych aspektach nawet gorsza niż ta, którą pamiętam z czasów komuny.
Bo tamten system był przynajmniej jawnie autorytarny.
A dzisiejsi polityczni demolatorzy potrafią przywdziać szaty demokratów, patriotów i obrońców konstytucji, by następnie pod pozorem walki o Polskę realizować własne partyjne interesy.
Kaczyński, Mentzen, Braun. Trzy twarze tej samej politycznej choroby
Nie zamierzam wrzucać wszystkich do jednego worka. Jarosław Kaczyński, Sławomir Mentzen i Grzegorz Braun reprezentują różne środowiska, mają różne polityczne biografie i posługują się odmiennymi metodami.
Ale łączy ich coś, co uważam za szczególnie niebezpieczne. Pogarda dla demokratycznego kompromisu. Przekonanie, że własna wizja Polski jest jedyną słuszną. Niechęć do uznania, że inni obywatele mogą mieć odmienne poglądy i równie mocne prawo do współdecydowania o państwie.
W przypadku Jarosława Kaczyńskiego obserwujemy od lat politykę podporządkowywania państwa partyjnemu centrum dowodzenia.
W przypadku Sławomira Mentzena mamy do czynienia z polityką, która pod płaszczykiem wolności gospodarczej i antysystemowego buntu potrafi lekceważyć społeczne konsekwencje własnych postulatów.
W przypadku Grzegorza Brauna widzę natomiast polityczny spektakl, w którym antysemityzm, skrajny nacjonalizm i prowokacja stają się narzędziami zdobywania uwagi oraz wpływów.
I właśnie dlatego nocne selfie Jarosława Kaczyńskiego z Grzegorzem Braunem pod Trybunałem Konstytucyjnym uważam za symbol szczególnie wymowny.
Bo jeśli Jarosław Kaczyński, polityczny przywódca, który przez lata przedstawiał się jako obrońca polskiej tradycji, godności i patriotyzmu, uznaje za stosowne fotografować się w takim towarzystwie, to trudno nie zadać pytania, co właściwie pozostało z jego deklarowanych wartości.
Czyżby w walce o władzę wszystkie zasady stały się już tylko niepotrzebnym balastem? Czyżby polityczna przyzwoitość została ostatecznie sprowadzona do roli dekoracji na partyjnych akademiach? A może po prostu Kaczyńskiemu chodzi o to, że w dzisiejszej polityce nie ma już żadnej granicy, której nie można przekroczyć, jeśli tylko przynosi to kilka dodatkowych punktów w sondażach?
Historia zatoczyła błędne koło
W moim dawnym felietonie napisałem, że historia zatoczyła błędne koło – czytaj: https://www.salon24.pl/.../1016184,nawet-za-komuny-pisane...
Po latach podtrzymuję tę opinię.
Nie dlatego, że dzisiejsza Polska jest kopią PRL-u. Nie jest. Mamy wolne wybory, pluralizm polityczny, wolne media i społeczeństwo obywatelskie, które potrafi stawiać opór. Ale właśnie dlatego trzeba być szczególnie wyczulonym na wszelkie próby niszczenia tych zdobyczy.
Bo demokracja nie umiera wyłącznie wtedy, kiedy na ulicach pojawiają się czołgi. Czasem umiera po cichu. Krok po kroku. Od jednego partyjnego nominata do drugiego. Od jednej próby podporządkowania instytucji do następnej. Od jednego politycznego kłamstwa do kolejnego. Tak właśnie postępuje PiS.
Aż pewnego dnia człowiek orientuje się, że państwo, o które walczył, zaczyna przypominać coś, z czym walczył.
I wtedy pozostaje już tylko gorzka refleksja. Czy naprawdę po tylu latach wolności musimy ponownie uczyć się tego, co znaczy demokracja? Czy naprawdę musimy znów tłumaczyć politykom, że państwo nie jest ich własnością? Czy naprawdę musimy przypominać, że konstytucja nie jest partyjnym regulaminem, a obywatel nie jest poddanym?
I na koniec, panie prezesie…
Kiedy patrzę na nocne wydarzenia pod Trybunałem Konstytucyjnym, przypomina mi się tamto przemówienie Mieczysława Rakowskiego.
„Sztandar Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej – wyprowadzić”.
Wtedy wydawało się, że wraz z tamtym sztandarem do historii odchodzi również pewien sposób myślenia o państwie. Myślenia, w którym partia jest ważniejsza od obywatela, a polityczny przywódca ważniejszy od instytucji.
Dziś widzę, że niektóre z tych mechanizmów wróciły. Nie w czerwonych krawatach. Nie pod sztandarem PZPR. Lecz w biało-czerwonych dekoracjach, przy patriotycznym haśle BÓG HONOR OJCZYZNA i w towarzystwie ludzi, którzy najgłośniej krzyczą o miłości do ojczyzny.
I dlatego mam ochotę powiedzieć Jarosławowi Kaczyńskiemu:
Panie prezesie, ja naprawdę biłem się z ZOMO w Nowej Hucie. Ja naprawdę strajkowałem w AGH, za co straszono karą śmierci.
Nie po to, żeby po latach oglądać, jak pan urządza sobie Polskę według własnego widzimisię.
Nie po to, żeby Trybunał Konstytucyjny stał się kolejną sceną partyjnego teatru.
Nie po to, żeby antysemityzm i polityczna hucpa były traktowane jako akceptowalne narzędzia walki o władzę.
I nie po to, żeby po trzydziestu sześciu latach od wyprowadzenia sztandaru PZPR ktoś próbował wprowadzać do Polski nową wersję partyjnego zamordyzmu.
Bo jeśli o taką Polskę chodziło, to naprawdę szkoda było tamtej walki.
A na koniec, panie prezesie, pozwolę sobie na jedną krakowską szpilkę.
ZOMO przynajmniej nie robiło sobie selfie z ludźmi, których obecność na fotografii mogła być dla Polski większym zagrożeniem niż sama fotografia.
I jeszcze jedno.
Jeśli pan myśli, że historia nie pamięta, kto stał po której stronie barykady, to proszę się nie martwić.
Historia ma znacznie lepszą pamięć niż partyjni klakierzy. Gdyż to pan wespół z profesorem Andrzejem Nowakiem wymyślił kandydaturę Karola Nawrockiego, który dziś w nocy zaatakował brutalnie kobietę, a chyba nie muszę Panu tłumaczyć, czym dla Polaków jest "Etos Matki Polki". I ciarki przechodzą na myśl, co teraz na Jasnej Górze przeżywa Czarna Madonna.
A kiedyś, być może, ktoś znów wygłosi przemówienie o zakończeniu działalności pewnej partii.
I wtedy, panie prezesie, oby nikt nie musiał apelować, żeby nie wydawać o niej wyłącznie potępieńczych sądów. Gdyż to Pan wespół z profesorem Andrzejem Nowakiem wymyślił kandydaturę Karola Nawrockiego, który od czasu objęcia swojej funkcji głowy państwa swoimi wetami prowadził pełzający zamach stanu zmierzający do obalenia rządu i wyprowadzenia Polski z Unii Europejskiej. Osobnika, który wczorajszej nocy, w trakcie napadu jego ekipy na sędziów Trybunału Konstytucyjnego, w stylu damskiego boksera zaatakował brutalnie kobietę, - a chyba nie muszę Panu tłumaczyć, czym dla Polaków jest "Etos Matki Polki". I ciarki przechodzą na myśl, co teraz czuje Matka Boska Częstochowska.
Bo niektóre sądy historia wydaje sama.
I nie potrzebuje do tego ani Trybunału Konstytucyjnego, ani nocnych selfie.
Krzysztof Pasierbiewicz (emerytowany nauczyciel akademicki AGH, niezależny bloger oddany prawdzie i sprawom ważnym dla naszego państwa)


Komentarze
Pokaż komentarze (31)