echo24 echo24
98
BLOG

Sorry, ale nie podoba mi się ten prezydent

echo24 echo24 Polityka Obserwuj notkę 12
Autorytet zaczyna się tam, gdzie kończy się potrzeba podnoszenia głosu.

Powiem rzecz, która być może nie wszystkim się spodoba:

sorry, ale nie podoba mi się ten prezydent.

I nie chodzi mi o to, że Karol Nawrocki jest prezydentem z politycznego obozu, którego poglądy są mi obce. Polityczne sympatie i antypatie są bowiem rzeczą względną. Dziś ktoś jest u władzy, jutro jest w opozycji, a pojutrze może zostać politycznym emerytem.

Mnie interesuje coś znacznie ważniejszego: czy człowiek sprawujący urząd Prezydenta Rzeczypospolitej ma osobowość, kulturę i klasę pozwalające mu być prezydentem wszystkich Polaków.

I właśnie tutaj rodzi się mój zasadniczy problem.

Przez blisko czterdzieści lat byłem nauczycielem akademickim AGH w Krakowie. Przez ten czas spotkałem wielu profesorów. Byli wśród nich ludzie posiadający imponujące tytuły i stanowiska, ale pozbawieni tej bożej iskry, która powoduje, że studenci chcą ich słuchać.

Byli też tacy, których nie trzeba było nikomu przedstawiać. Wchodzili do sali i robiło się ciszej. Nie dlatego, że krzyczeli. Przeciwnie. Ich autorytet nie potrzebował podniesionego głosu.

I właśnie dlatego już wcześniej wielokrotnie pisałem o tym, że prawdziwy autorytet nie rodzi się z nominacji. Nie można go dostać wraz z dyplomem, stanowiskiem ani urzędową pieczęcią – czytaj: „K. Pasierbiewicz (2014) „Więcej luzu! Proszę księdza!” - https://www.salon24.pl/.../563138,wiecej-luzu-prosze-ksiedza .   

Można natomiast dostać urząd prezydenta. Ale nie można dostać wraz z nim prezydenckiego autorytetu, który trzeba dopiero zbudować.

A mnie u Karola Nawrockiego tego autorytetu brakuje.

Nie przekonuje mnie prezydent, który swoją siłę demonstruje przede wszystkim poprzez konfrontację. Nie przekonuje mnie polityka, w której weto zaczyna być jednym z podstawowych narzędzi komunikowania własnej pozycji.

I proszę mnie dobrze zrozumieć: prezydent ma konstytucyjne prawo wetować ustawy. Nie kwestionuję tego ani przez chwilę. Problem zaczyna się wtedy, gdy obywatel odnosi wrażenie, że prezydent zamiast być bezstronnym arbitrem zaczyna występować w roli jednego z zawodników politycznego meczu. A przecież skala tego zjawiska jest znacząca. Po pierwszym roku urzędowania Kancelaria Prezydenta informowała o 41 wetach.

Oczywiście można każde z tych wet osobno uzasadnić. I Pałac Prezydencki właśnie tak robi, przekonując, że weto ma być narzędziem poprawiania prawa, a nie jego blokowania.

Tyle że prezydentura to nie tylko zbiór konstytucyjnych kompetencji. To także styl sprawowania urzędu.

Prezydent powinien potrafić powiedzieć przeciwnikowi: „Nie zgadzam się z tobą, ale szanuję cię jako obywatela Rzeczypospolitej”. Powinien umieć łagodzić spory, a nie bezustannie podnosić polityczną temperaturę. Powinien mieć w sobie coś z profesora, którego studenci słuchają nie dlatego, że muszą, lecz dlatego, że chcą.

Tymczasem ja, kiedy słucham niektórych wystąpień pana prezydenta, mam zupełnie inne odczucie. Zamiast magnetyzmu osobowości widzę demonstrację siły. Zamiast dystansu — polityczną temperaturę. Zamiast języka, który łączy język, który często brzmi jak odpowiedź udzielana przeciwnikowi.

Problem z panem prezydentem polega właśnie na tym, że zamiast łagodzić napięcia, on je potęguje. Zamiast przemawiać, krzyczy, aż mu żyły nabrzmiewają na skroniach, a jego słynny okrzyk „Czołem żołnierze!” sprawia mi fizyczny ból, jakby mi ktoś kaleczył mózg bez znieczulenia. Przepraszam, ale muszę to powiedzieć — gdy prezydent przemawia, jego nachalny krzyk staje się dla mnie tak nieznośny, że przypominają mi się słowa Herberta: 

„w gruncie rzeczy była to sprawa smaku. Tak smaku, który każe wyjść skrzywić się i wycedzić szyderstwo”  

— i po prostu gaszę telewizor.

I dlatego powiem brutalnie: mnie taki prezydent nie odpowiada.

Nie dlatego, że oczekuję od niego poglądów zgodnych z moimi. Oczekuję czegoś więcej.

Chciałbym patrzeć na prezydenta Polski i mieć poczucie, że oto stoi przede mną człowiek, który — niezależnie od tego, na kogo głosowałem — reprezentuje także mnie. Chciałbym usłyszeć głos człowieka, który nie musi niczego nikomu udowadniać. Człowieka, który nie potrzebuje krzyku, aby pokazać swoją siłę.

Człowieka, który potrafi być stanowczy bez agresji, patriotyczny bez patosu, konserwatywny bez pogardy dla inaczej myślących i zdecydowany bez nieustannego szukania wroga.

Bo Prezydent Rzeczypospolitej to nie jest przywódca jednej politycznej drużyny. To ma być ktoś stojący ponad drużynami.

I właśnie tego najbardziej mi w tej prezydenturze brakuje.

Dlatego tytuł tego felietonu brzmi:

Sorry, ale nie podoba mi się ten prezydent ”.

Niech jednak nikt nie pomyli tego z wezwaniem do nienawiści czy pogardy.

Wręcz przeciwnie. Krytykuję pana prezydenta właśnie dlatego, że urząd, który sprawuje, zasługuje na znacznie więcej.

Na więcej powagi. Na więcej klasy. Na więcej umiaru. Na więcej szacunku dla ludzi, którzy myślą inaczej. I przede wszystkim — na więcej tego tajemniczego „magnetyzmu osobowości”, który przez dziesięciolecia obserwowałem u najlepszych nauczycieli akademickich.

Bo tak, jak dobry profesor nie zdobywa studentów krzykiem, dobry prezydent również nie powinien krzyczeć na obywateli.

Autorytet zaczyna się bowiem tam, gdzie kończy się potrzeba podnoszenia głosu.

Krzysztof Pasierbiewicz

emerytowany nauczyciel akademicki AGH w Krakowie,

niezależny bloger oddany prawdzie i sprawom ważnym dla naszego państwa

Zobacz galerię zdjęć:

echo24
O mnie echo24

emerytowany nauczyciel akademicki, tłumacz, publicysta, prozaik, bloger niezależny

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (12)

Inne tematy w dziale Polityka