echo24 echo24
172
BLOG

Czy orędownicy prezydenta RP są w stanie ogarnąć, co się dziś w nocy wydarzyło w Ameryce?

echo24 echo24 Polityka Obserwuj notkę 11
Dzieje się!

Motto: Największym nieszczęściem polityka jest pomylić własne wyobrażenie o wielkości z rzeczywistą wielkością świata.

Przyznam Państwu, że dzisiejszego poranka szczególnie chciałbym zajrzeć za kulisy Pałacu Prezydenckiego. Nie po to, żeby podsłuchiwać, lecz żeby zobaczyć miny prezydenckich doradców, którzy jeszcze wczoraj mogli być przekonani, że znaleźli sobie za oceanem politycznego patrona na miarę własnych ambicji.

A tu masz babo placek!

Amerykanie właśnie wystawili Donaldowi Trumpowi rachunek za jego politykę. I nie był to rachunek z gatunku tych, które można zamieść pod dywan albo przykryć kolejnym występem przed kamerami.

Demokraci przejęli obie izby Kongresu. Republikanie ponieśli dotkliwe straty, również w stanach, które jeszcze niedawno uchodziły za ich polityczne twierdze. Co więcej, część kandydatów popieranych osobiście przez Trumpa przegrała z kretesem.

Oczywiście, wybory połówkowe nie oznaczają końca prezydentury Trumpa. Ale oznaczają coś znacznie poważniejszego niż chwilowe potknięcie jego politycznego obozu. Amerykańscy wyborcy pokazali, że nie zamierzają bez końca tolerować politycznego narcyzmu, arogancji, pogardy dla przeciwników i przekonania, że państwo jest prywatnym folwarkiem człowieka stojącego na jego czele.

I teraz najciekawsze.

Jak tę amerykańską noc przeżywają nasi rodzimi trumpolodzy?

Mam tu na myśli przede wszystkim prezydenta Karola Nawrockiego oraz jego najbliższe otoczenie polityczne, z ministrami Boguckim i Przydaczem na czele.

Bo przecież nie od dziś widać, że pomiędzy Donaldem Trumpem a Karolem Nawrockim istnieje pewna zadziwiająca wspólnota. I nie chodzi mi bynajmniej o wspólnotę interesów państwowych, bo te wymagają poważnej analizy, a nie fotografowania się z możnymi tego świata.

Chodzi mi o podobieństwo znacznie głębsze.

O mentalność, cechy charakterologiczne, sposób demonstrowania własnej ważności, ciężar gatunkowy kultury osobistej, poziom intelektualnych ambicji, rangę estetycznej wrażliwości, a przede wszystkim o kompleksy, które zdają się napędzać potrzebę nieustannego potwierdzania własnej wielkości.

Powiem więcej: mam wrażenie, że panowie ci nadają na podobnych falach psychologicznych. Z tą różnicą, że jeden urządza swoje przedstawienie w Białym Domu, a drugi w Warszawie.

Trump uwielbia poklask, demonstrację siły, pochlebstwa i towarzystwo ludzi, którzy potwierdzają jego wyjątkowość. Nawrocki również zdaje się dobrze czuć w świecie politycznych ceremoniałów, ostentacyjnej męskości i demonstracyjnego przywiązania do własnej nieomylności.

A ich otoczenie?

No cóż. W polityce istnieje zjawisko, które można by nazwać kompleksem dworu. Polega ono na tym, że ludzie otaczający przywódcę z czasem zaczynają przejmować jego sposób myślenia, język, gesty, a nawet upodobania estetyczne. W rezultacie powstaje środowisko, w którym wszyscy wzajemnie utwierdzają się w przekonaniu, że są elitą, choć zewnętrzny świat może mieć na ten temat zdanie zgoła odmienne.

I właśnie dlatego tak ciekawi mnie, jak dzisiaj w Pałacu Prezydenckim będą tłumaczyć amerykańską klęskę.

Czy profesor Andrzej Nowak, społeczny doradca prezydenta, przygotuje kolejną historyczną analogię, z której wyniknie, że porażka trumpistów jest w istocie zwycięstwem jakiejś wyższej racji dziejowej?

Czy minister Przydacz wyjaśni nam, że amerykańska polityka jest znacznie bardziej skomplikowana, niż sądzą zwykli wyborcy?

Czy minister Bogucki znajdzie w tej sytuacji jakiś kolejny konstytucyjny paradoks, który pozwoli nie zauważyć politycznego trzęsienia ziemi za oceanem?

A może wszyscy zgodnie ogłoszą, że Donald Trump w gruncie rzeczy wygrał, tylko Amerykanie jeszcze tego nie zrozumieli?

Nie wykluczam żadnej możliwości. W końcu w naszym życiu publicznym nie takie już rzeczy widzieliśmy.

Ale jest w tym wszystkim sprawa znacznie poważniejsza niż osobiste sympatie prezydenta Nawrockiego.

Polska nie może być zakładnikiem politycznych fascynacji jednego człowieka. Nie możemy budować strategii bezpieczeństwa państwa na założeniu, że w Białym Domu zawsze będzie urzędował polityk, którego styl, temperament i sposób uprawiania polityki odpowiadają lokatorowi Pałacu Prezydenckiego.

Amerykańska demokracja właśnie pokazała, że potrafi powiedzieć NIE nawet prezydentowi, który uważa się za politycznego giganta.

I to jest lekcja, którą nasi rodzimi admiratorzy Trumpa powinni sobie przyswoić.

Demokracja nie jest bowiem konkursem na najgłośniejszy okrzyk, najbardziej wojowniczą minę ani najbardziej imponującą fotografię z przywódcą mocarstwa.

Jest sprawdzianem odpowiedzialności, kompetencji, kultury politycznej i zdolności do rozumienia świata. A z tym, jak wiadomo, bywa u nas rozmaicie.

Na koniec pozwolę sobie na szpilkę, tym razem nieco bardziej krakowską, bo sytuacja aż się o nią prosi.

Wyobrażam sobie, że dzisiejszego poranka w Pałacu Prezydenckim mogło dojść do osobliwego zjawiska. Otóż panowie Bogucki, Przydacz i pozostali pałacowi trumpolodzy zebrali się zapewne na pilnej naradzie, żeby ustalić, jak wytłumaczyć prezydentowi Nawrockiemu, że jego amerykański idol właśnie dostał od własnych rodaków polityczne lanie, jakiego nie powstydziłby się najbardziej pechowy kandydat w wyborach do rady osiedla.

I tu zaczyna się problem natury niemal filozoficznej.

Bo jak wytłumaczyć klęskę człowieka, którego dotąd przedstawiało się jako uosobienie siły, skuteczności i politycznego geniuszu, jeżeli samemu uwierzyło się w tę samą bajkę?

Jak przekonać podwładnych, że trzeba zachować umiar, skoro całe otoczenie przyzwyczaiło się do podziwiania nieumiarkowania?

I jak zachować powagę, kiedy dotychczasowy wzorzec politycznej wielkości okazuje się dla własnych wyborców coraz większym obciachem?

Najbardziej jednak ciekawi mnie, czy panowie z Pałacu zrozumieją, że amerykańscy wyborcy nie głosowali przeciwko Polsce, Europie ani żadnemu z naszych narodowych interesów. Głosowali przeciwko arogancji, niekompetencji, samouwielbieniu i przekonaniu, że osobista wielkość przywódcy zwalnia go z obowiązku rozumienia zwykłych ludzi.

A teraz moja rada dla prezydenckiego otoczenia: Panowie, nie próbujcie na gwałt przepisywać historii. Nie ogłaszajcie, że od początku byliście sceptyczni wobec Trumpa. Nie udawajcie też nagle admiratorów europejskiej solidarności. Pamięć ludzka bywa zawodna, ale internet ma tę nieznośną właściwość, że pamięta fotografie, deklaracje i zachwyty.

I jeszcze jedno.

W polityce istnieje coś takiego jak kompleks małego człowieka, który za wszelką cenę chce wyglądać na wielkiego. Wtedy wystarczy stanąć obok kogoś naprawdę potężnego, zrobić sobie fotografię i przez chwilę można pomylić cudzy wzrost z własnym.

Tylko że fotografia nie dodaje centymetrów, a cudzy autorytet nie przechodzi przez obiektyw na fotografowanego.

I tu dochodzimy do sedna całej tej pałacowej farsy: Donald Trump stracił polityczną władzę nad Kongresem, ale nasi rodzimi trumpolodzy najwyraźniej nadal nie stracili wiary w jego fryzurę.

W Krakowie powiedzielibyśmy: z wielkiej chmury mały deszcz, a z wielkiego Trumpa – mokry kapiszon.

A panom z Pałacu radziłbym na przyszłość mniej klękania przed amerykańskim lustrem. Bo może się okazać, że kiedy idol odwróci się plecami, zobaczą w nim nie wielkiego sojusznika, lecz własne odbicie.

I to dopiero może być dla nich widok nie do zniesienia!

Krzysztof Pasierbiewicz (Emerytowany nauczyciel akademicki, niezależny bloger oddany prawdzie i sprawom ważnym dla naszego państwa)

Zobacz galerię zdjęć:

echo24
O mnie echo24

emerytowany nauczyciel akademicki, tłumacz, publicysta, prozaik, bloger niezależny

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (11)

Inne tematy w dziale Polityka