Ponieważ płk Piecuch z racji swoich zainteresowań oraz obowiązków służbowych miał możność zetknięcia się z wieloma członkami bolszewickiej bezpieki, dlatego warto poznać przedstawione przez niego zwierzenia ubeckich bandytów. Nawet, jeżeli trudno się z nim zgodzić, gdy morderców dzieli na „Moich Przyjaciół”, którzy „wykonywali swoje obowiązki eksterminacyjne bez specjalnego entuzjazmu” oraz tych innych, którzy byli zawodowymi mordercami beznamiętnie i mechanicznie mordującymi na zlecenie swoich zwyrodniałych komunistycznych rozkazodawców sowietyzujących kraj.
Henryk Piecuch jest płk. WOP i Straży Granicznej w stanie spoczynku, dziennikarzem, pisarzem, badaczem i autorem wielu książek o działalności służb specjalnych, zwłaszcza polskich. Na swoim blogu często pisze o mało znanych faktach z historii PRL, czy morderstw politycznych dokonywanych na zlecenie tajnych służb. W ostatnich kilku blogach często nawiązywał do kulis zamachu na Jana Pawła II.
Blog Henryka Piecucha
(...) Moi Przyjaciele z bolszewickiej bezpieki likwidowali. Ale, w odróżnieniu od innych funków z komunistycznego zaciągu, którzy likwidowali wrogów oraz wszystkich tych, którzy kiedykolwiek mogli wrogami zostać, z prawdziwą przyjemnością i manifestacyjną radością, Moi Przyjaciele, wykonywali swoje obowiązki eksterminacyjne bez specjalnego entuzjazmu.
Powiem więcej. Myślę, że Moi Przyjaciele z bolszewickiej bezpieki zabijali tak wrogów, jak i kolegów, na których ciążył cień podejrzeń o zdradę, ze sporą przykrością, a niekiedy nawet z wyraźnym wstrętem.
Powtarzam jeszcze raz – niestety, nie znam tych spraw z autopsji, nie byłem przy tym. Moje informacje są więc z drugiej ręki. Ale chyba z dobrej ręki. Pamiętam opowieści nie tylko płk. Marka Wieczorka. Innych również. A na twarzy Marka, ogawędzającego np. sprawę likwidacji płk. Mroza we Francji, czy relacjonującego niechciane samobójstwa ważnych person resortowych, samobójstwa popełniane niekiedy w swoich służbowych gabinetach, rysowało się wyraźne obrzydzenie. Marek potrafił opowiadać sugestywnie. Tak jakby przy tym był. Jakby tamte czyny jawiły mu się ciągle przed oczami. Ale sny miał dobre. Nie zakłócane dramatycznymi wspomnieniami. Pytałem go o to. Zapewniał, że śpi dobrze.
Nieco inaczej zapamiętałem relacje płk. Henryka Wendrowskiego. Zimne, beznamiętne, precyzyjne opowieści o likwidacji dawnych kolegów z AK, i nie tylko. “Mieli wybór” - podkreślał pułkownik – dyplomata. - “Dawaliśmy im szansę przejścia na naszą stronę. Nie skorzystali. Ich sprawa. Poszli do piachu. Jedni za sprawą wyroków sądowych, jak gen. Fieldorf “Nil”. Inni, jak Anoda, wylatywali przez okno z departamentu kierowanego przez płk Lunę. A jeszcze innych wyprowadzaliśmy z tego świata, nie fatygując ani wymiaru sprawiedliwości, ani organów bezpieczeństwa. Likwidowaliśmy ich wprost w lesie”.
Jeszcze entuzjastyczniej wypowiadali się o strzelaniu do bliźnich płk Zbigniew Rajchel i jego zbójecka kompania, którymi niegdyś dowodził ówczesny chorąży, a późniejszy generał Władysław Pożoga. Jestem przekonany, że w czasie, gdy z nimi rozmawiałem [początek lat 80.] rajchelowcy niczego nie udawali. Byli szczerzy aż do bólu. Nie musieli się przecież niczego obawiać. Ich dawny wódz był pierwszym zastępcą samego ministra, generała CzeKiszczaka*. Rajchelowcy niekiedy tylko, jakby z żalem ale i chyba zazdrością nadmieniali, że ich ubeckie osiągnięcia bledną przy wyczynach niegdysiejszych kiszczakowców z Informacji WP. I wyrażali nadzieję, że Kiszczak z Pożogą zmajdrują świeży resort, który połączy najszczytniejsze tradycje ubeckie z informacyjnymi.
Kto wie jak by było...? Zrobiono przecież kilka kroków w tym kierunku: Przemyk, kopalnia Wujek, Bartoszcze, księża: Popiełuszko, Zych, Suchowolec, Niedzielak...
Zupełnie inaczej do sprawy likwidacji podchodzili pułkownicy Anatol Fejgin i Adam Humer. Dla nich, eksterminacja wrogów lub osób za wrogów uznanych, była prostą działalnością rutynową. Wykonywaną mechanicznie, bez emocji. Był wróg. Nie ma wroga. Było, lub mogło być zagrożenie – nie ma zagrożenia.
I pomyśleć, że dziś, aby zlikwidować przeciwnika politycznego, trzeba rozpętać wielką kampanię propagandową. Jednak, chyba nie tylko. Bo przecież co jak co, ale nadal są w użyciu dyskrecjonalne akcje likwidacyjne, generałowie, Jaroszewicz, Papała...; nadal są w modzie samobójstwa w gabinecie – Sekuła, lub w celach więziennych...
O, tempora, o mores!
Więc nie pytajcie mnie komu bije dzwon? Bije on WAM!
HASŁO BLOGU:
Kto ma swoje zdanie, zawsze znajdzie wrogów.
Cytowane za: http://piecuch.pl/blog/
* W latach 1945–1946 Czesław Kiszczak był funkcjonariuszem Głównego Zarządu Informacji Wojska Polskiego (IW) zorganizowanego w Związku Sowieckim. Od początku utworzenia w 1943 roku, do sierpnia 1944 roku — 100 proc. oficerów IW wywodziło się z sowieckiego kontrwywiadu wojskowego Smiersz. Później wiele kierowniczych funkcji było sprawowanych przez oficerów sowieckich.
Formalnie IW była organem kontrwywiadu wojskowego działającego pod kierownictwem NKWD i istniała w latach 1943-1957. Lecz faktycznie była to wojskowa policja polityczna. Jest odpowiedzialna, tak samo jak Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego (MBP) — za masowe zbrodnie i represje wśród żołnierzy Wojska Polskiego, Armii Krajowej oraz ludności cywilnej.
W jednym ze swoich wyroków Trybunał Konstytucyjny stwierdził, że "pomimo formalnych podziałów strukturalnych i zmieniających się nazw oraz uwarunkowań prawnych, wszystkie te organy stanowiły spójny aparat przymusu, stojący na straży państwa totalitarnego i państwu temu służący" oraz że aparat przymusu "służył nie tyle suwerennemu państwu polskiemu (bowiem takie nie istniało), ile narzuconemu totalitarnemu ustrojowi i Związkowi Radzieckiemu".**


Komentarze
Pokaż komentarze (13)