Dostrzegłszy w swojej głowie (okiem wewnętrznym, oczywiście) niepokojące oznaki poplątania z pogmatwaniem, spowodowane ostatnimi wiadomościami o wydarzeniach, postanowiłem jakoś to wszystko sobie poukładać i zrozumieć.
Znam jednego dziennikarza (tak, po prawdzie, to znam kilku) i zrozumiałe, że udałem się do niego (albowiem najbliżej mieszka) z wiarą, że mi wyjaśni obecny stan.
Nie od razu dał się przekonać do snucia przenikliwych analiz.
Po pierwszej whisky powiedział, że czuje się jak outsider i pędem przyniosłem drugą, co przyjął z przekąsem i ujawnił, że woli jednak bimber, który udało mi się jakoś też sprokurować.
Po bimbrze poczułem, bez żadnych jeszcze wyjaśnień, że już mi się w głowie znacznie przejaśniło, ale czekałem, co powie dziennikarz.
A on wyrzygał mi wszystko.
Kiedy otrząsnąłem się z tego, co wyrzygał mi i na mnie znajomy dziennikarz, popadłem na dłuższą chwilę w stan kompletnego otępienia.
W rzeczy samej, popadliśmy w ten stan obaj i to zdecydowanie, więc milczeliśmy, powaleni.
- Czuję się nieczysty, a nawet bardzo brudny - powiedziałem wreszcie, gdy zacząłem odzyskiwać równowagę ducha, bo umysłu jeszcze nie i nie wiadomo czy kiedykolwiek.
Podniosłem się nawet nieco - do klęczek. On podobnie, ale jemu było łatwiej, bo przyzwyczajony.
- Ha! - Stwierdził sentencjonalnie i w tym „ha" była cała jego dziennikarska mądrość i doświadczenie, całe lata ocierania się o niedotykalne i niewidzialne, a mi niedostępne.
Mimo tego, podniosłem nań oczy pytająco.
- Bo kłamstwo kala nie tylko kłamcę, ale i okłamywanego, rzucił mi niedokładnym cytatem z nieznanego mi tekstu o wcale niechudej pojemności.
- A, co to ma do rzeczy? - Zapytałem, nie nadążając za jego polotem.
- Do rzeczy nic, - skrzywił się sarkastycznie - ale na niej jest.
-Jak wódka na stole. - Zakończył tajemniczo.
Była to daleko idąca, w alegorię, metafora, albowiem wódki na stole nie było, jedynie bimber w kilku wypukłych kałużach na ceracie, ale, że stół był jego, to trochę się nie martwiłem.
- Chyba za wiele ci wychlapałem. - Zaczął się certować.
Chciałem go uspokoić, powiedzieć, żeby się nie przejmował, bo przecież ja, to ja i czym by mnie nie ochlapał, to spłynie po mnie, jak po premierze.
Musiałem to wyrazić chyba słowami, gdyż spojrzał na mnie tak, jak Macierewicz w kamerę i zrobiło mi się zimno i nieswojo.
- Widzę, że niewiele do ciebie dotarło. - Na jego twarzy odmalował się frasunek, jakby sam Beksiński, przed śmiercią, odcisnął na niej swoją dłoń. - Musisz sam zaczerpnąć u źródła ...
Nie dokończył, a mi przed oczami pokazały się niezliczone źródła, z których ciurkały różne strumyki, które łączyły się i zlewały w potok, a potem w rzeczkę, by na koniec toczyć kołtuniaste i mętne grzywacze fal wielkiej rzeki, z których, przy każdym silniejszym zawirowaniu na dennej przeszkodzie, tryskały na obserwatorów fontanny gnoju i ekskrementów.
Poczułem ochotę, by niezwłocznie zlizać z ceraty jedną z wypukłych kałuż.
Myśl wprowadziłem w czyn.
- Jaki ty jednak durny jesteś. - Zafrasował się z zażenowaniem.
Po czym, w prostych, dziennikarskich, słowach wyłuszczył mi, jak ze stenogramu, w ekspresowym tempie kilkadziesiąt nagich faktów, do których obiektywnie się nie ustosunkował, bym mógł ja.
Może i ja bym mógł, ale zatraciłem się w ich natłoku, i wielorakości aspektów.
Dziennikarz, za moim przykładem, zlizał wypukłą kałużę z ceraty.
- Chyba mam za szorstki język. - Powiedział zasmucony.
Myślałem, że chodzi mu o dziurę w ceracie, która wychynęła po zlizaniu kałuży.
On jednak wyraził myśl głębszą.
Milczał dłuższy czas wyraźnie zafrasowany.
- To mi się może odbić czkawką. - Powiedział.
Rzeczywiście, czknął kilka razy, ale nawet ja rozumiałem, że to nie o zwykłe czkanie chodzi.
- Bo widzisz. - Opanował odruch układu pokarmowego powstrzymaniem oddychania - zapomniałem, że do ciebie trzeba, jak do zwykłego człowieka - po ludzku, a nie tak siarczyście i na odlew, inaczej nie zrozumiesz. Za szorstki jestem w stosunkach z prostymi ludźmi.
Zamyślił się, a ja w tym czasie sięgnąłem za pazuchę i wydobyłem butelkę dobrej wódki, ale bez naklejki, bo z niewiadomego źródła była.
Zaświeciły mu się oczy, jakby na jego podręcznym faksie wystukała mu się dobra, sensacyjna wiadomość. Mlasnął nawet językiem akustycznie.
Odkręciłem nakrętkę, ale przedtem, starym, dobrym zwyczajem odbiłem kilka razy wnętrzem dłoni w dno.
Poprawiło to znacznie smak wódki.
Dygresja
Wysuszyliśmy butelkę do ostatniej, najcenniejszej kropli.
-Bo nie wiem, czy wiecie, że ostatni kieliszek, tak, jak ostatni papieros z paczki, smakuje najbardziej, gdyż ma w sobie posmak przemijania i nieuniknionego kresu, posmak jakiejś nieuchwytnej straty i nieodwracalności. Bo, jak ostatni sztach, uświadamia, że już nie uściśniemy w dwóch palcach tej delikatnej rureczki ze śmiercionośną zawartością, przynajmniej, póki nie kupimy nowej paczki, tak ostatni kieliszek, a głębiej sięgając, ostatnia kropla wódki na języku, uzmysłowia, że impreza się kończy, że już nigdy się nie zacznie od nowa, że minęło, co minąć musiało, gdyż każda rzecz ma swoją kolej i chociaż podobna się zdarzyć może, to nie będzie ta sama, a tym bardziej, taka sama.
Szczególnie, gdy palimy i pijemy, tocząc niebanalne rozmowy z ludźmi, zwykle banalnymi, ale przy tych kilku butelkach i kilku paczkach papierosów, w gęstej atmosferze mieszaniny oparów i wyziewów alkoholowo-tytoniowych, uwznioślonymi przez naszą percepcję, która -co tworzy zamknięty krąg uzależnień - sprawia, że czynimy ich trywialność niesamowitą niezwykłością.
Zadziwiające, że sami się uwznioślamy, dzięki nim, stając się osobowościami i oryginalnymi postaciami.
Kiedy to się kończy, pozostaje żal , jakby coś epokowego uległo zatraceniu. Długo w dołku coś ściska i ...
Pozostaje, na szczęście zapach niespełnionej baśni...
Tak mi powiedział i nie wiem dlaczego w liczbie mnogiej.
- Dobrze! - Powstał nagle, wyprostowany tak, że każde wygięcie na jego kręgosłupie uwydatniło się, jak łagodny pagórek stron moich ukochanych. - Opowiedziałem ci wszystko: szalbierstwa, machinacje, chwyty emocjonalne. Reszta należy do ciebie.
Usiadł, dalej wyprostowany, tak jakby wcale nie usiadł, tylko nadal stał. Niewątpliwie chciał podkreślić mocą swojego siedzenia, stałość i stabilizację swojego miejsca, a może nawet stanowiska.
Tak stanowczo siedzącej osoby nie widziałem nigdy dotąd.
Tak mi się zdawało, ale, po chwili zrozumiałem, że po prostu pamięć mi nie dopisała przez mgnienie.
Siedząc mocno i dobitnie, unieruchomił swoje oczy, a potem położył obie dłonie na stół, który był już, na szczęście, wylizany do czysta, więc nie umoczył sobie mankietów marynarki, która leżała na nim
Nie było można jej nie zauważyć. Momentami, dopiekało mi wrażenie, że, mimo iż tak mocno siedzi, to jego tam nie ma, że jest tylko ta, nieszczególnie ubrana, marynarka.
Tak rzucała się w oczy, iż krawat i koszula nie uległy zapamiętaniu, choć duszny wyraz twarzy świadczył, że musiał je mieć na sobie.
Mimo nieruchomych oczu, dostrzegłem, iż waha się i zastanawia nad układem dłoni. Chwilę przekładał je w powietrzu, niczym szuler przy rozdawaniu kart, wreszcie położył prawą, a na niej lewą. W tym momencie się skrzywił, wypchnął językiem lewy policzek, potem znowu lewy, cmoknął, wypchnął prawy policzek, cmoknął, uśmiechnął się zaciśniętymi zębami, powtórnie wypchnął językiem policzek, aż pomyślałem, że go coś boli wewnątrz twarzy.
Wreszcie zdecydowanie położył lewą rękę na ceracie, a prawą na niej i jestem pewien, a może tylko mi się wydawało, że jego prawica z wielką satysfakcją przyciska lewicę do blatu.
Jakby chciał ją zblatować.
- Powiem ci na koniec, nim odejdziesz zrobić to, co ci poradziłem, że ten kraj to jest jeden wielki postaw czerwonego sukna, który każdy ciągnie w swoją stronę, by udrzeć z niego jak najwięcej dla siebie, ale...
- Wiem, wiem! - Wyrwałem się przedwcześnie. - Ty, ze swoją redakcją chcecie wyrwać najwięcej!
Uruchomił oczy, by spojrzeć na mnie lodowato, po czym, kiedy przeciął mnie wzrokiem na wskroś, jak, nie przymierzając ów postaw czerwonego sukna, rzekł jedno słowo, niczym wieszcz:
- Głupiś!
Potem wyjaśnił mi, że żadnych słów nie można brać dosłownie, a cytatów, w szczególności.
Ale radził mi się z tym nie obnosić.
Rada mojego znajomego była taka:
- Przebierz się za dziennikarza i idź spytać wprost, o co w tym wszystkim chodzi. Dowiesz się tego, co ci powiedziałem, ale inaczej mordę człowiekowi wykrzywia, kiedy sam gówna posmakuje, niż kiedy słyszy, o tym smaku, od innych.
- Czyli, co? - Odczułem lęk, obawę, a głównie nieśmiałość. - Mam iść do sejmu, do kancelarii braci (Kancelarii było w liczbie mnogiej, bo chyba nie pisze się kancelariów?) i pytać bez ogródek?
- „Głupek", to dla ciebie epitet za niskiej kategorii! - Zdenerwował się i walnął ręką w stół, aż przewróciła się butelka. Na szczęście już wyssana do sucha. - Wbij sobie do tej zakutej pały, że każdy, nawet największy człowiek, a co dopiero tacy mniejsi, jakich mamy dzisiaj, ma swojego sobowtóra i to niejednego. Teraz oni mają ich wielu, bo są centrycznie wypunktowanym sednem społecznej mentalności. Są arytmetycznie dokładnym średniactwem Polaka. To, po co ci się szwendać po marmurach sejmowego gmachu? Jeszcze się na schodach pośliźniesz i łeb rozbijesz, albo nawet stracisz, a zapewniam cię, że niejeden już go tam stracił.
Kiedy się przebierzesz i będziesz wyglądał, jak rasowy dziennikarz - Tu uważnie popatrzył na moje wąsy i zrobił kąśliwą minę. - Postaraj się być łysy wszędzie, na twarzy też. Wyjdź wtedy na ulicę w pierwszym lepszym mieście i uważnie obserwuj, a zobaczysz, jak łatwo wśród zwykłych przechodniów wypatrzysz sobowtóry tych, których widujesz w TV. Zapewniam cię, od sobowtóra dowiesz się tego samego, co od jego pierwowzoru. Mówię to ja, dziennikarz z wieloletnim stażem i doświadczeniem.
Od siebie dodam, że i z łbem jak sklep.
Przebrany za dziennikarza, jak sądzę, znakomicie, wziąłem podręczną, walizkową maszynę do pisania, by robić notatki, kilka ryz papieru w arkuszach formatu A-4, ciemne okulary korekcyjne minus 1 i jeszcze parę innych drobiazgów, które uprawdopodobniły moje przebranie.
Utrudniło mi to mój zamiar, a wręcz udręczyło, ale cóż, jak rzekł znajomy, dziennikarstwo, to nie bułka z masłem, a polityczne, to dopiero, nie! Dlatego w zawód ten wpisane jest i cierpienie, i cierpiętnictwo, i trud, i znój, i w ogóle - „ w kurwę zajob!".
Nim podjąłem właściwe zadanie ogarnięcia, poprzez trafne pytania, wszystkich ostatnich zawirowań i knowań, uznałem, że dla wprawy, przepytam jakiegoś nieistotnego społecznie prostaka, ot robola, jakiego, albo nauczyciela.
Ledwie pokazałem się na ulicy, od razu rozpoznano we mnie dziennikarza i zewsząd zaczęły padać zapytania, czy ja z TVN, a może z TRWAM. Nim zdążyłem powiedzieć, że jestem z niezależnej oficyny, co nikomu nic nie mówiło - bo tak miało być - a już moi przyszli interlokutorzy wzięli się za łby, albowiem zwolennicy różnych opcji przekazu, jak się okazało, sprzeciwiali się bym czerpał informację od przeciwników.
Zaczęto nawet opowiadać skąd będę miał wyrwane nogi, i byłem przeciw, bo okazało się, że z dupy.
Nagle jednak nastała gwałtowna cisza, bo za moimi plecami rozległ się głos. Dosyć dziwnie dochodził, bo z poniża miejsca, z którego miano mi nogi wyrwać.
Pomimo całej drastyczności sytuacji, o mało nie pękłem z radości, bo pomyślałem, że już w debiucie swojej mistyfikacji, udało mi się trafić w Pulitzera, gdy usłyszałem:
- Spieprzaj dziadu!
Zrobiłem obrót, jak nawrócony komunista i mina mi zrzedła. Przede mną stał zwykły, pospolity włóczęga, jakich pełno na każdej ulicy, a nie sobowtór najwyższego urzędnika.
- Co, sondę robisz? - Zapytał, groźnie spluwając pod moje nogi.
Zrobił to mistrzowsko i jego chark trafił dokładnie na styk z obrzeżem mojej prawej podeszwy, nie naruszając jej tykalności.
- To ja ci zaraz powiem!
I powiedział mi tak:
- Coraz bardziej jestem za. Władza mi stała się bardzo bliska, bo stała się bliska zwykłym prostym ludziom, a jam prosty człek, a nawet zwyczajny obywatel.
Zwyczajny obywatel czuje radość i zachwyt wewnętrzny, kiedy naocznie i nausznie widzi i słyszy, że władza, to nie żadne tam wyuczone gnojki, które tylko: „ą" i „ę" z akcentem na trzeciej sylabie, czy na drugiej, a zwykłe, swojskie skurwysyny, o takim samym kręgosłupie moralnym, jak każdy ma, czyli pogiętym, niczym paragrafy.
Prosty człek, dla którego relatywizm moralny, to chleb codzienny z margaryną, nie może nie odczuć satysfakcji, gdy okazuje się, że chłopy od koryta też tak mają, że nikt im nie wmówi, że białe jest białe, bo pierwej musi zostać ustalone, jakie jest, a w ogóle, to przecież czarnego wcale nie ma.
Dobrze będzie? - Zakończył pytaniem.
A chuj wie! - Dałem wyraz zdumieniu.
Po obrazoburczym wystąpieniu pospolitego włóczęgi, który okazał się zwyczajnym obywatelem, o przeciętności w centralnej strefie średniości, poczułem, że mam dosyć.
Zachciało mi się rzygać bardziej niż po balandze z dziennikarzem.
Używając dramatycznych gestów i ostrych słów, wywaliłem zebrany materiał do rynsztoka, który akurat przepływał przypadkiem niedaleko i mimowolnie zauważyłem, że jakby przybrał, ale to marginalne spostrzeżenie.
Wyrzuciłem swoją podręczną maszynę walizkową do tegoż rynsztoka, oraz wszystkie arkusze zapisane drobnym maczkiem (bo moja podręczna maszyna miała małe czcionki) i poszedłem sobie świszcząc, i gwiżdżąc, a nawet gwizdając na wszystko.
To nie dla mnie, to nie dla mnie! - Powtarzałem sobie, jak mantrę, albo „Wierzę w Boga", albo nawet „ Zdrowaś Maryjo" i ocierałem pot z czoła. Kto pomyślał, że łzy, pomylił się w ocenie mojej osoby.
Nie czas na łzy, już nie.
Było mi ciężko, ale lżej na duszy i dziarskim krokiem sobie odchodziłem w dal z postanowieniem, że już nigdy i za żadną cenę, dla żadnych ambicji nie będę próbował dociekać, rozumieć itp. ...
Zastąpiła mi drogę dziewczyna, wytrącając mnie z, nie do końca, odzyskanej równowagi.
- Cześć chłopaczku! - Powiedziała prowokacyjnie, wywołując we mnie odruch niepewności i nagle przywróconej nieśmiałości.
- Spadaj dziwko! - Powiedziałem obronnie, wyprzedzając nieuchronny atak z jej strony. Atak na moją moralność, bo dziewczyna była wyuzdana i kurewsko pociągająca, niczym posada woźnego w szkole.
Moja stanowczość podziałała. Spadła bez obrazy.
Przeszedłem, podniesiony na duchu moralnym zwycięstwem kilkanaście kroków w niedługim czasie, mimo że wolno chodzę, gdy zastąpił mi drogę szczupły facet o twarzy takiej, jakby ostatni rok przesiedział zamknięty w słoiku z octem i obcesowo zagaił:
- Dziennikarz?
Nie zdążyłem zaprzeczyć, a on już wygłosił oświadczenie.
Niestety swoje podręczne narzędzia pracy miałem już wyrzucone, musiałem, więc wszystko zapisać w pamięci.
Nie wiem, czy mi się coś nie pomieszało, bo facet ze słoika gadał, że okazało się, że tego polityka to złapał nielegalnie były milicjant, który już nie pracuje w policji, ale kręcił lody z patrolem trójki, czy może Rutkowskiego, nie wiem, bo gadał, jakby sam nie wiedział, co gada - a ta nieszczęsna kobieta trzymała tamtego za ręce i dlatego jest niewinny - zakończył.
Odruchowo, ledwie nabytym reporterskim zwyczajem, zadałem pytanie, okazało się głupie:
- Ma pan jakie kwity na tego policjanta, bo to smakowite mięsko by było?
- Niech się pan lepiej trzyma obiektywnych faktów, a nie staje po stronie niecnot. - Zapałał świętym oburzeniem i odniosłem dojmujące wrażenie, że w tym słoiku z octem, to on miał chyba do towarzystwa jakiegoś korniszona.
Ale ja jestem pełen dziwnych wrażeń.


Komentarze
Pokaż komentarze