sartoriusz sartoriusz
27
BLOG

Mikołajki

sartoriusz sartoriusz Polityka Obserwuj notkę 4

Obudziłem się nie za wcześnie, nie za późno, jak w sam raz i jak w mordę strzelił. Spojrzałem na sufit ... o, ku...a, sufitu nie było.
Natychmiast przypomniały mi się dwie rzeczy:
- Że kładłem się spać bez sufitu, bo to taki budynek jest, że nie ma. No, czyli ruina do rozbiórki. Ma jednak ściany i nie wieje do snu.
- Że przysięgłem sobie nie przeklinać, bo to brzydko, a ja chce być ładny, chociaż w języku, skoro, w reszcie, już się nie da.
Skarciłem się, więc głośno (ale bez bluzgów), za, o mało, co, zaklęcie i odwaliłem kartony na bok.
Bo chociaż miejsce zaciszne, to kartony jeszcze bardziej izolują od wiatru, gdyby - na przykład - wleciał przez sufit, którego nie ma.
Przeciągnąłem się szeroko i sięgnąłem za pazuchę waciaka, by wyjąc lusterko. Mam je jeszcze z czasów, gdy, jak człowiek (choć niedorosły) chodziłem do szkoły, a że miałem długie i ładne włosy, to musiałem je często czesać, więc lusterko i grzebień były mi niezbędne bardziej niż woda do picia, a powietrze do oddychania. Teraz grzebień mi już nie jest potrzebny, bo wiadomo, ale lusterko ciągle mam i choć trochę porysowane, i słabo w nim widać, jednak mam i używam każdego dnia rano.
Rozum mi podpowiada, że lepiej by dla mnie było, abym nigdy nie zaglądał do lusterka, ani do czegokolwiek innego, w czym można się zobaczyć, bo z każdym dniem widok obrzydliwszy.
Trudno - każdemu, własny obraz na jego podobieństwo.
Dobra. Podniosłem się, nawet dziarsko, z szelestem starych gazet i komputerowych wydruków, które służyły mi za posłanie, wzułem buty (stare, ale niedziurawe trampki), bo jakoś nie mogę się nauczyć spać obuty, jak moi znajomi z miejskiego dworca, którzy nigdy nie zzuwają butów. Ja, tam, muszę, bo muszę i już!
Jestem taki typ, co tak ma!
Nie będę opisywał, co dalej, bo dalej, to jak wszyscy - siusiu, kawusia i w długą...
Tak właśnie, bo co ja mogę, że kawę lubię bardziej niż wisienki, choć wisienki też, ale nie tak zaraz z rana, bo dbam o trzewia, a kiedy spożywa się wisienkę na czczo, to pali, jak siarka w piekle. A mój punkt gastronomiczny jest przy Willowej. To kilka kroków, ale długich, więc zajmuje mi to z pół godziny. Szczególnie, gdy mnie suszy, jak dziś, albo, jak zawsze.
Ale się doczłapałem i to był już dowód mojej niezłej, dzisiaj, kondycji, gdyż zazwyczaj się dowlekam.
Kontener ze śmieciami był jeszcze nieopróżniony, chociaż do tej dzielnicy MPO zajeżdża wcześnie i każdego dnia. Wiadomo - Willowa, to Willowa.
Cieszę się, że jeszcze jej nie ogrodzili, bo podobno mają. No, ale może zdążę umrzeć, nim to zrobią.
I umrę syty.
Wyciągnąłem z kieszeni waciaka pomiętą (ale higienicznie czystą) reklamówkę i zacząłem przerzucać swoim kosturkiem reklamówki z odpadkami w kontenerze. Od razu wpadła mi w oczy taka jedna, wypasiona, jak rasowy pies. O mało się nie udławiłem własną śliną na jej widok.
Krakowska kiełbasa (ma się te wiedzę „ na oko") pyszniła się niczym na królewskim stole i było jej z pół kilo. Jakieś plasterki baleronu i chyba wędzonki krotoszyńskiej, do tego jakieś inne podłe kiełbasy, na które spojrzałem prawie z niechęcią, bo nie mam lodówki i nie przetrzymam, a żołądek też mam niepojemny za bardzo. To, co, nażreć się żeby wyrzygać? O nie.
Wyjąłem z reklamówki, to, co mi wzrokowo najbardziej smakowało i przełożyłem do swojej, higienicznie czystej, a resztę zawiązałem i włożyłem do jeszcze jednej, wyciągniętej ze śmieci i odłożyłem na bok, ale tak, by żaden pies jej nie dopadł, i żeby śmieciarze jej nie zabrali, gdy przyjadą opróżnić kontener.
Wiem, że tutaj zachodzi taka jedna kobieta, więc powinna znaleźć.
Po namyśle, wyjąłem jednak od siebie ten pieprzony baleron i przełożyłem do tamtej, bo niech się głupia cieszy w mikołajki.

I sobie poszedłem w p...u, ale bez przeklinania.

sartoriusz
O mnie sartoriusz

Jestem ja i obok jeszcze paru

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (4)

Inne tematy w dziale Polityka