Premier rządu RP, Donald Tusk, w sprawie in vitro poparł projekt Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, generalnie zbieżny z projektem Marka Balickiego. Odnosząc się do napomnień katolickiej hierarchii, oskarżeń o eugenikę, gróźb ekskomuniki, odparł: chcę wprowadzić nowy, świecki obyczaj, że politycy w momencie, kiedy są wybrani przez ludzi, odpowiadają przed ludźmi, a nie przed hierarchią kościelną. I tego będę pilnował.
Jeśli projekt Kidawy-Błońskiej przejdzie, po raz pierwszy od nowelizacji ustawy antyaborcyjnej w roku 1996 (zakwestionowanej przez Trybunał Konstytucyjny) parlament uchwali prawo jawnie atakowane przez Kościół katolicki. Pozostaje jeszcze kwestia podpisu prezydenta - trudno wątpić, że będzie on poddanym naciskom, może znów padnie groźba ekskomuniki, a Tomasz Terlikowski, w ramach apostolsko-publicystycznego napomnienia, podsunie głowie państwa obrazy mąk piekielnych. Bronisław Komorowski podczas kampanii wyborczej zapewniał o swej gotowości podpisania ustawy o in vitro, jednakże, jako szczerze wierzący katolik, będzie miał autentyczny problem sumienia, inaczej niż Donald Tusk, który swe przywiązanie do religii katolickiej i jej zasad odkrył dopiero podczas kampanii wyborczej pięć lat temu, a teraz - jak widać z cytowanej wyżej wypowiedzi - przywiązanie to znacznie osłabło. Być może prezydent będzie dążył do uchwalenia ustawy o in vitro w wersji bliższej projektowi Jarosława Gowina?
Ale nawet jeśli Kościół odniesie pewien sukces w tamowaniu ustawy o in vitro, zapewne zresztą względny sukces, to wiele wskazuje, że czas jego niepodzielnych triumfów w przywoływaniu władzy do porządku minął, podobnie jak minął czas pełnej uszanowania pokory, z jaką o sprawach Kościoła traktowano w mainstreamowych mediach. KRRiTV wykazała zainteresowanie (wielce zresztą spóźnione) stosunkiem ojca Rydzyka do stosownych ustaw i jego sprawozdaniami finansowymi. Szperanie wokół Komisji Majątkowej się rozszerza, a Gazeta Wyborcza drukuje właśnie obszerne relacje oparte na protokołach innego rządowo-kościelnego gremium, Komisji Wspólnej Rządu i Episkopatu. Można tam znaleźć m. in. bardzo charakterystyczne, jako ilustracja podejścia Arcypasterzy do demokratycznych i prawnych procedur, zdziwienie niektórych hierarchów, że nie wystarczy załatwienie danej sprawy na forum Komisji, że to jeszcze musi przejść przez komisje parlamentarne i głosowanie w parlamencie...Podobnie zdziwienie, że jakiś, pożal się Boże, Trybunał Konstytucyjny, może uchylić regulacje wypracowane w dyskretnej - i kordialnej - atmosferze zamkniętych spotkań ministrów z biskupami.
Co się stało, jakie przyczyny? Gdyby szukać bezpośrednich przyczyn, wskazałbym na silną pozycję premiera i partii rządzącej, pozycję, jakiej nie miała w Polsce żadna władza od 1989 roku. Tusk nie boi się, że ewentualna wrogość Kościoła przeszkodzi mu wygrywać kolejne wybory; kampania przed wyborami prezydenckimi pokazała zresztą, że nawet największa układność PO wobec Kościoła nie zapobiega udzielaniu jawnego wsparcia PiSowi przez dużą część biskupów i proboszczów. Co więcej, znaczna grupa docelowego "targetu" PO może wręcz przyklasnąć Tuskowi i PO, jeśli rząd znajdzie się pod ostrzałem kościelnej hierarchii, zresztą ostrzałem - jak można się z doświadczenia spodziewać - prowadzonym bronią już zupełnie zużytą i zwietrzałą, w rodzaju doszukiwania się wszędzie analogii do stalinowskich prześladowań.
Głębsze podłoże spadku wpływów i autorytetu Kościoła to skutki "kapitalistycznej transformacji". Tego zagrożenia polski Kościół praktycznie nie rozpoznał, wrogie sobie siły zwyczajowo upatrując głównie na lewicy. Kościół błogosławił i święcił kapitalizm, czasem posuwając się w tym do kuriozów, w rodzaju oznajmienia księdza Kazimierza Sowy (w Religia TV), że społeczna czy spółdzielcza własność jest sprzeczna z Bożymi przykazaniami. Tymczasem to kapitalizm, neoliberalny kapitalizm doby globalizacji, skutecznie podmywa wszystko, co można opatrzyć przymiotnikiem "tradycyjny": wartości, światopogląd, model rodziny, sposób spędzania wolnego czasy, styl bycia. I niszczy sacrum.
Jest dziś w Polsce wielu młodych ludzi, niewierzących, często mocno antyklerykalnych, o poglądach nie mających nic wspólnego z lewicą - to "konserwatywni liberałowie", libertarianie, albo zwykli konserwatyści. Tego Kościół i związany z nim zaangażowany laikat (katoliccy naukowcy, nauczyciele, dziennikarze, działacze różnych organizacji) nie przewidział.


Komentarze
Pokaż komentarze (66)