Tadeusz Hatalski
Navigare necesse est ….
37 obserwujących
356 notek
501k odsłon
782 odsłony

Bulwar Krzysztofa Kolumba, cukierki irysy i ocieplenie klimatu

Wykop Skomentuj27

image

Tak się trafiło, że statek znowu zawinął do Sevilli. W kraju zima i mróz. W Alpach pada tyle śniegu, że dachy domów się załamują. O schodzących lawinach nie wspominając. Jacyś Anglicy podobno poszli w góry mimo ostrzeżenia o lawinach. I ratownicy musieli ich ściągać narażając swoje życie. W efekcie miejscowy burmistrz się wkurzył i podał ich do sądu. Za bezmyślne narażanie życia ratowników, czyli innych ludzi. I słusznie. A tak przy okazji, dlaczego lawiny schodzą? Przecież nóg nie mają. A w telewizji (Kurskiego, czy jakiejkolwiek innej) ciągle mówią, że lawina zeszła. Powinno się raczej mówić lawina się obsunęła. Trzeba by profesora Miodka albo Bralczyka zapytać jak to jest z tymi lawinami. Że nóg nie mają a schodzą. Może kiedyś przy okazji zapytam. Choć nie wiem czy odpowiedzą. Bo oni zdaje się po drugiej stronie politycznej barykady. Więc mam pewnego rodzaju dyskomfort.

A wracając do zimy. Otóż w Sevilli też jest zima, ale zupełnie inna. W ciągu dnia błękitne niebo i piękne słońce. Choć wieczorem i w nocy jest jednak zimno. O czym przekonałem się wracając z miasta już po zachodzie słońca. Tak jak przed chwilą było jeszcze ciepło i przyjemnie tak nagle zrobiło się zimno. A ponieważ w ciągu dnia było ciepło to na przejażdżkę rowerem do miasta wybrałem się w samym swetrze. No, ale przeżyłem ten przejmujący chłód i na statek jakoś dotarłem.

Ale o tym jak był jeszcze dzień i świeciło słońce miałem powiedzieć. I jak było ciepło i przyjemnie. Mimo, że to styczeń i zima. A ja jechałem bulwarem Krzysztofa Kolumba wzdłuż portowego kanału. Ten bulwar tylko się nazywa bulwar, bo w rzeczywistości jest to ruchliwa ulica. Ale trochę inna niż zwykłe ulice. Otóż wzdłuż tej ulicy, szczególnie od strony rzeki, w równych odstępach rosną drzewa pomarańczowe. I wzdłuż tego szpaleru drzew pomarańczowych jest ścieżka rowerowa. I jak się jedzie rowerem przy tych drzewkach, to zapach pomarańczy niemalże czuć w powietrzu. Kiedyś się zatrzymałem i zerwałem jedną. Ale się rozczarowałem. Te pomarańcze, które tam rosną nie są smaczne. Podobne rozczarowanie przeżyłem kiedyś w dzieciństwie. Choć wtedy nie chodziło o pomarańcze, ale o irysy. Cukierki irysy a nie kwiaty. Nie wiem czy teraz są cukierki, co nazywają się irysy, ale kiedyś były. Nie okrągłe jak to zwykle są cukierki, ale płaskie kostki. Papierki, w które te irysy były zawinięte, też były złożone w kostkę. I otwierało się je z jednej strony, z tyłu.

I tak się złożyło, że byłem w domu sam. I nie miałem specjalnie, co robić. No, więc rozglądałem się za cukierkami. W kredensie, który stał w kuchni, zawsze coś można było znaleźć. W tamtych czasach rodzice nie zakazywali dzieciom jedzenia cukierków. Tak jak to wiele nowoczesnych rodziców robi dzisiaj. I wydaje im się, że w ten sposób ‘nauczą’ dzieci, aby nie jadły słodyczy. Ale tylko im się tak wydaje. Bo dzieci, jak tylko znajdą się poza kontrolą rodziców, natychmiast odbijają sobie domowe zakazy. Ale ja nie miałem zakazów. I mogłem jeść cukierki, kiedy tylko chciałem. No i oczywiście, kiedy w domu były. Ale wtedy nie było. No, ale w kredensie zawsze coś można było znaleźć. Kredens jednak był wysoki a ja miałem wtedy pięć a może sześć lat. Przystawiłem, więc krzesło do kredensu i zacząłem szukać na półkach pomiędzy naczyniami. I … jest! Znalazłem irysa! Jeden tylko był, z tyłu za talerzami. Jak go jednak odwijałem z tego papierka, co był tez złożony w kostkę, to ten irys wydał mi się jakiś trochę inny. Kostka cukierka nie była całkiem płaska, ale jakaś taka bardziej pełna. Ale, to, że coś jest nie tak z tym irysem, tylko przemknęło mi przez głowę. Papierek odwinąłem do końca i irys znalazł się tam gdzie było jego przeznaczenie. No i wtedy przyszło rozczarowanie. Takie, jak z tą pachnąca pomarańczą z drzewa na bulwarze Krzysztofa Kolumba. Pomarańcza nie była słodka tylko kwaśna. Tamten irys też nie był słodki, ale gorzki. Bo to nie był irys tylko maggi. Dzisiaj maggi sprzedają w butelkach. W tamtych czasach sprzedawali w kostkach. Byłem wtedy mocno zawiedziony tym irysem, co nie smakował jak irys. Tak mocno, że pamiętam to do dzisiaj, mimo ze od tamtego czasu upłynęło już... kilkadziesiąt lat. Tak, kilkadziesiąt niestety.

No, ale nie o narzekaniu przecież miało być, tylko o zimie w Sevilli. Tak, w tamtych krajach też są zimy. Ale są to zimy śródziemnomorskie. W ciągu dnia słonecznie i ciepło a tylko w nocy chłodno a czasami i lekki mróz. Choć czasami prawdziwa zima ze śniegiem też się zdarza.  Co informacje o śniegu w Grecji, w wieczornych Wiadomościach i o dziwo Faktach również, to potwierdzają. Ale w Sevilli w tym roku zima jest jak zwykle śródziemnomorska, czyli łagodna. I tak było właśnie wczoraj, gdy jechałem ścieżką rowerową wzdłuż bulwaru Krzysztofa Kolumba w kierunku katedry. I stojącej przy niej wieży Giralda, którą było widać w oddali. Ciepło i słonecznie. I drzewa pomarańczowe obsypane dojrzałymi pomarańczami. Jednym słowem, pięknie. I jadąc wzdłuż tych pomarańczy, przekorna myśl uparcie nie dawała mi spokoju. No, bo jak to jest? Tyle ostatnio słychać o tym globalnym ociepleniu. Straszne rzeczy się dzieją. Temperatura wzrosła o pół stopnia, katastrofa, Armagedon, koniec świata nam grozi. A przecież ocieplenie klimatu oznacza również łagodniejsze zimy. A łagodna zima to przecież same korzyści. Tacy Hiszpanie, czy też Włosi, pełną wiosnę mają już w marcu. A jesień zaczyna się dopiero pod koniec listopada. Gdy u nas często śnieg już wtedy leży. A św. Marcin na białym koniu dawno przyjechał. O tym Marcinie na białym koniu to wiem, bo patronem parafii, w której się urodziłem i wychowałem, był święty Marcin. A w parafialnym kościele, na bocznym ołtarzu był jego obraz, przywieziony z Tarnawicy Polnej. Tej, którą hetman Tarnowski, nadał swoim żołnierzom, którzy zasłużyli się w wojnie z Tatarami. I tam gdzie niedaleko mieszkali Huculi a gdzie kiedyś były nasze Kresy. Święty Marcin był rzymskim żołnierzem. I na tym obrazie siedział na koniu a mieczem odcinał połowę swojego płaszcza. Aby go dać nędzarzowi, który leżał u stóp konia Marcina. Koń na obrazie był czarny. A, że obraz św. Marcina został przywieziony jeszcze stamtąd, skąd Polacy zostali wypędzeni, to w dniu św. Marcina, jeszcze przez wiele lat po przesiedleniu w parafii był uroczysty odpust. I jak akurat spadł śnieg, to się mówiło, że w tym roku Św. Marcin na białym koniu przyjechał. O Tusku nikt wtedy jeszcze nie słyszał i z białym koniem go nie kojarzył. A koń nie musiał się wstydzić. Nie, nie! Ten prawdziwy koń, a nie ten, co go koniem nazywają.

Gdzie ja się zapędziłem i o czym ja gadam? Przecież jadę rowerem po bulwarze Krzysztofa Kolumba w Sevilli. I wzdłuż tego bulwaru rosną pomarańcze. I przekorna myśl mnie uwiera. Że to ocieplenie klimatu to nie taka straszna rzecz. Co z takim przekonaniem głosi Global Warming Science a w co nasi MWzDM święcie wierzą.

Może skutkiem ocieplenia, łagodne zimy właśnie będą? I jak już to ocieplenie naprawdę przyjdzie to zimy będziemy mieli takie jak tutaj w Sevilli mają? Czyli łagodne, śródziemnomorskie.

A jak to ocieplenie nie taka straszna rzecz, to może i u nas kiedyś takie palmy będą rosły?

Poniżej ścieżka rowerowa którą jechałem i gdzie te myśli, które zapisałem powyżej chodziły mi po głowie :)

image

A tutaj Giralda w całej swojej okazałości ...

image


Wykop Skomentuj27
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Rozmaitości