Anna Wolf-Powęska napisała w "Rzeczpospolitej", że byłoby wyrazem naszej mocarności ducha, gdyby Donald Tusk przypomniał 1 września, jak wielkie ofiary i cierpienia musiała znieść podczas wojny ludność Związku Radzieckiego. Dalej tekst jest w tym samym duchu i to wyłącznie w tym samym. Będą przywódcy trzech państw, które historia połączyła w dramatycznym splocie, będą refleksje i wnioski z historii, będzie poszukiwanie prawdy dziejowej, pisze pani profesor, ale w tym celu mamy się wykazać mocarnością ducha przed Putinem. Rzadko zdarza mi się przeczytać tekst o podobnej niesymetryczności w stosunku do występujących w nim stron.
Dlaczego premier Rosji nie mógłby wykazać mocarności ducha, przypominając o cierpieniach stu tysięcy niemieckich kobiet zgwałconych przez rosyjskich żołnierzy w samym tylko Berlinie w 1945 roku (tyle zgłosiło się do lekarzy – C.Ryan, "Ostatnia bitwa") ? Nie, w artykule nie ma nic o mocarności ducha Niemców i Rosjan, owszem,Angela Merkel i Władimir Putin przybędą do Polski, by oddać hołd poległym, pokłonić się bohaterom, ale to my mamy oddać hołd ofiarom Związku Radzieckiego. A cóż to, czy my Polacy mamy wyłączność na mocarnego ducha ? Przesłanie dla Polaków z tekstu pani profesor wynika następujące – skoro od zakończenia wojny Niemcy i Rosja ani razu już nie napadły na Polskę, to powinniśmy się wykazać wspaniałomyślnością i pojednać ze Związkiem Radzieckim, a raczej jego wdzięcznym spadkobiercą, Putinem.
Z całej tej trójki – Merkel, Putin, Tusk – tylko rosyjski przywódca pragnie bezwarunkowego pojednania bez wspominania o faktach z przeszłości, tylko on gloryfikuje Związek Radziecki, tylko Putin dąży do takiej formuły pojednania, jaką proponuje pani Wolff-Powęska. To jest artykuł niesłychanie jednostronny w tym sensie, że przedstawia racje, z których skorzystać może tylko jedna strona i na pewno nie jest to strona polska.
W świetle postawy Rosji i osobistej postawy premiera Putina wobec spornych kwestii historycznych z Polską, Anna Wolff-Powęska zasugerowała nam po prostu, żebyśmy nadstawili drugi policzek, mając pewność, że adwersarz skorzysta z okazji do zadania ciosu. Przy czym słowo adwersarz kompletnie nie oddaje istoty rzeczy w świetle słynnej wypowiedzi Putina o największej katastrofie XX wieku, jaką dla niego był rozpad Związku Sowieckiego. Trzeba bowiem pamiętać, że sowiecka Rosja była państwem bandyckim od powstania aż po kres swego istnienia - tak się dzisiaj takie państwa określa - żadna polityka ani duch najbardziej mocarny tego nie zmieni, ani nie zdoła zanegować.
Tekst pani profesor nie jest bynajmniej precedensowy, wpisuje się w cały ciąg podobnych sugestii dla Polaków. Mamy się pojednać z Ukraińcami, ale nie wspominać o rzezi wołyńskiej; powinniśmy przeprosić za Jedwabne i Kielce, ale dyskretnie zamilczeć o Bermanie i Różańskim; trzeba współpracować z Niemcami, ale zbytnio nie przejmować się wyskokami pani Steinbach. Nie wiem, co zrobi Donald Tusk na Westerplatte, czy pominie niewygodne problemy z historii trzech państw, ale wydaje mi się już zgoła groteskowe, gdyby w rocznicę napaści na Polskę miał przypominać ofiary poniesione przez napastnika, bez oczekiwania wzajemności. To już byłoby przekroczenie cienkiej granicy, która dzieli wielkoduszność od głupoty. Tak przy okazji, to pani Wolff-Powęska pisząc w ten sposób, wrzuca do jednego worka i zrównuje postawę Rosji oraz Niemiec, które przecież dokonały głębokiego rozrachunku z hitlerowską przeszłością.
Donald Tusk popełnił błąd, zapraszając na te uroczystości Putina i będzie miał ciężki orzech do zgryzienia na Westerplatte, ale naprawdę nie powinien użalać się nad jednym z agresorów, nie wspominając w ogóle o drugim. Też byłbym za tym, żeby polski premier jako pierwszy wykazał się wspaniałomyślnym gestem wobec Rosji, nie oglądając się na partnera, gdyby była chociaż minimalna szansa na wzajemność. Ale problem w tym, że Rosjanie niemal codziennie nam udowadniają, że racją stanu putinowskiej Rosji jest duch mocarstwowości, a nie mocarny duch, że gest trafiłby w próżnię.
Nie od rzeczy jest przypomnieć pani profesor, że jej koncepcję pojednania z Rosjanami bez orzekania winy, ćwiczyliśmy przez czterdzieści pięć lat za komuny - jakoś nie widać efektów. A skoro tak, skoro mamy dość swoich ofiar i cierpień z okresu II wojny, to naprawdę nie musimy ich szukać w byłym Związku Sowieckim, żeby sobie zasłużyć na uznanie jego apologety. A Donald Tusk powinien przynajmniej powiedzieć, że bez względu na uwarunkowania polityczne - we wrześniu 1939 roku to Stalin był wspólnikiem Hitlera – prawnym, formalnym i faktycznym.
http://www.rp.pl/artykul/9157,348686.html
Inne tematy w dziale Polityka