seaman seaman
171
BLOG

Redaktor Chrabota czyta Polakom list od cara

seaman seaman Historia Obserwuj temat Obserwuj notkę 6

W kontekście obchodów 1 września pisano już o Putinie, Tusku, Kaczyńskim, Merkel, ale nikt nie odważył się napisać, co sądzi w tej kwestii Bogusław Chrabota, który czytał dzisiaj Polakom list od Putina.

Właśnie oglądam sobie jedno zdanie Chraboty, które zapisałem. Oglądam je tylko, gdyż zaraz po wysłuchaniu w tok.fm wzbudziło we mnie gwałtowną chęć polemiki, a także charakterystyczne wrażenie, że mam już gotową wspaniałą odpowiedź, gdzieś tam, z tyłu głowy. Wiecie, o co mi chodzi, to jest coś w rodzaju bon motu lub skrótu myślowego, niezwykle celnego, który w trzech słowach zawiera i definicję, i streszczenie, i ripostę, i podsumowanie.

I jak raz coś takiego mi się pęta w podświadomości i nie chce za Boga wyjrzeć na powierzchnię mojej kory mózgowej. Nie muszę już czytać tego zdania po raz drugi i następny, wystarczy, że zerkam z tej i z tamtej strony i usiłuję złapać ulotne skojarzenie. Nic, tylko mała chwila i sobie przypomnę...znacie to uczucie, gdy coś tam pika, taki płomyczek się tli, ledwo, ledwo... już jest pomiędzy czaszką a mózgiem i prawie spływa na koniec języka...i nic.

Ale do rzeczy, króciutkie zdanie Chraboty odnosi się do stwierdzenia w liście Putina, który w kontekście pomordowanych Polaków w Katyniu oraz losów sowieckich jeńców wojny 1920 roku, nawołuje do wspólnego żalu i wzajemnego wybaczenia. Komentarz Chraboty brzmi następująco : „To jest złe porównanie, nie kłamstwo”.  Przy czym ja zapewniam solennie, że nie mam na uwadze kontekstu politycznego, opcji politycznej, ani wynikającej z tego animozji, ani meritum poglądu autora, nic z tych rzeczy.  Absolutnie !

Chodzi jedynie o celne, skrótowe określenie tej specyficznej stadnej narracji (bardzo modne słowo) tak zwanego mainstreamu, a z grubsza zasadza się ona na stosowaniu zamiennych określeń, niekoniecznie adekwatnych  i unikaniu jednoznaczności. U mnie zaś zawsze wywołuje jedną refleksję natury ogólnej - co ja tutaj w ogóle robię, po jaką cholerę ja takich rzeczy słucham albo czytam, czy ja naprawdę nie mam nic lepszego do roboty ? Znacie to ? No więc teraz rozumiecie, co ja próbuję sobie zwięźle określić.

Pierwsza moja próba wyłowienia z zakamarków pamięci synonimu dla tego nurtu, nieudana zresztą, to był sztuczny miód. A dokładnie „Miód sztuczny”, pod tą nazwą występowała substancja, którą jadłem na koloniach. Nie wiem, czy teraz dzieci jeżdżą na kolonie w czasie wakacji, ja kiedyś jeździłem i słoik z napisem „Miód sztuczny” jest jednym ze wspomnień. Nie mam pojęcia dlaczego, gdyż nie zapamiętałem smaku ani zapachu, ani nie mam żadnych innych wrażeń z tą materią spożywczą związanych. No więc wypadł mi z głowy jako pierwszy ten miód, pewnie w związku ze znaną frazą z piosenki o słowach jak sztuczny miód. Jednak odrzuciłem bez wahania to skojarzenie – to nie to, zbyt wyświechtane, łatwizna.

Następnie zaświtał mi również kulinarny synonim narracji Chraboty, czyli jajecznica w proszku, której osobiście nie zaznałem, ale czytałem o niej ( czy nie u Wańkowicza przypadkiem ?)  i zapadła mi w zwoje mózgowe, pewnie na skutek dysonansu poznawczego, który w tym określeniu występuje. Jajecznicę ze sproszkowanych jaj serwowano amerykańskim żołnierzom w czasie II wojny światowej. W każdym razie wychynęła ta jajecznica z mojej pamięci, musiałem się wtedy dobrze odżywiać, gdy o tym czytałem, ponieważ do dzisiaj odczuwam dyzgust na myśl o jajkach w proszku. Jednak to również nie oddawało ducha cytowanej narracji, od razu wiedziałem i nie zwlekając, zdeletowałem ten sygnał.

Potem mi wyskoczył potwornie już dzisiaj zbanalizowany wyrób czekoladopodobny, nadużywany jako dowód kombatanctwa stanu wojennego w wieku dziecięcym, który wywaliłem natychmiast, ledwo się pojawił. Jedno trzeba o tym produkcie napisać, zalicza się on do tych bytów, które można opisać tylko w sposób tautologiczny – wyrób czekoladopodobny był czekoladopodobny i koniec, kropka, nic więcej nie da się powiedzieć.

Szukam dalej uporczywie, coś mi kołacze... mowa trawa... gadanie do ściany, drętwa gadka..mówienie w próżnię... mam, mam ! Pieprzenie w bambus ! Tak jest, to strzał w dziesiątkę, trafienie w sedno problemu, to jest to. Przypomniałem sobie, tak warszawiacy w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku określali język partii naszej przewodniej. Ja podaję tę przepiękną frazę w wersji soft; ciekawych wersji hard odsyłam do Tyrmanda, który poddaje ją szczegółowej egzegezie w swoim Dzienniku 1954. Tak, Bogusław Chrabota to już klasyka. Ciekawe, czy on o tym wie ?

seaman
O mnie seaman

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (6)

Inne tematy w dziale Kultura