Są w partiach rachunki krzywd, są niezabliźnione rany i z tego powodu są również spustoszenia psychiczne w umysłach. Dopóki dotyka to dołów partyjnych, można to jakoś przeboleć i opanować. Jednak, gdy zaczyna się ta przypadłość przenosić do parlamentu sprawa staje się poważna, a w przypadku wicemarszałka Sejmu to jest problem państwa, a nie tylko partii.
Po stoczniowej katastrofie ministra skarbu przeciwnicy jego odwołania przedstawiali różne argumenty – a to że minister jest już wprawiony w prywatyzacji, więc szkoda czasu, bo następca musiałby się od nowa wprawiać; a to że prowadzi niesłychane ważne i strategiczne negocjacje PZU – Eureko i tym podobne.
Nikt jednak, nawet zwolennicy ministra z rządu nie negowali, że ze stoczniami minister sprawę spaprał, mówiąc oględnie. A mówiąc dosadniej, na spółkę z premierem Tuskiem doprowadzili polski przemysł stoczniowy do ostatecznego upadku, czym się wpisali w długi szereg szkodliwych poprzedników na swoich stanowiskach. A jeszcze dodatkowo przy okazji rzekomej sprzedaży urządzili Polakom kabaret piarowski, robiąc z opinii publicznej głupków, to są fakty.
W tym kontekście marszałek Niesiołowski po raz kolejny przebił wszystkich w zapiekłej, księżycowej wręcz argumentacji, twierdząc, że odwołanie ministra skarbu przez premiera zaszkodzi stoczniom. Dzisiaj to powiedział w radiowych „Sygnałach Dnia” z samego rana. Ja rozumiem, że premier nieopatrznie się wychylił i teraz pragnie odkręcić obietnicę dymisji ministra Grada – ale na miłość boską, niechże Platforma zachowa jakiś elementarną przyzwoitość i wiarygodność w doborze argumentów.
Jeśli Niesiołowski nie jest w stanie racjonalnie argumentować, to wysłać kogoś innego do tego radia czy telewizji. Dużo można usprawiedliwić wczesną porą dnia, ale histeryczny słowotok marszałka wskazuje na inne przyczyny jego stanu. Stocznie już nie istnieją jako miejsce budowy statków, majątek ich częściowo został sprzedany, rząd wystąpił do Unii o prolongatę terminu sprzedaży stoczni, ale wygląda na to, że tylko pro forma. W tej sytuacji mówienie, że można zaszkodzić stoczniom odwołując ministra, jest robieniem durniów z samych stoczniowców oraz ich kooperantów, którzy w odróżnieniu od reszty społeczeństwa mogą się czepiać resztek nadziei nawet w takiej beznadziejnej sytuacji, jak teraz – w końcu to ich miejsca pracy i to ich losy się ważą.
Jest bardzo prawdopodobne, że marszałek Niesiołowski nie zdaje sobie sprawy z następstw swoich wypowiedzi. Wiadomo jest powszechnie, że równowaga emocjonalna marszałka od dawna jest już co najmniej chwiejna, co i raz Niesiołowski dostaje gwałtownego przechyłu w stronę zwyczajnej groteski i tak stało się tym razem. Problem jest w tym, że słowa wicemarszałka ważą nieporównanie więcej niż jakiegoś posła latającego po redakcjach ze świńskim ryjem czy sztucznym penisem. Mało, że ważą więcej, to wypowiedzi Niesiołowskiego są przez pozbawionych miejsc pracy ludzi poważnie traktowane, chociaż wydaje się to nieprawdopodobne. Zatem czynienie fałszywej nadziei stoczniowcom ze strony takiego oficjała jest po prostu zwyczajnym świństwem.
Poza tym marszałek Niesiołowski oznajmił, że większy deficyt budżetowy w przyszłym roku wynika z blokowania działań zmierzających do jego zmniejszenia przez prezydenta. I ani trochę nie przeszkadzała mu w tym stwierdzeniu jego własna, chwilę wcześniejsza wypowiedź, że działania prezydenta świadczą o jego całkowitej bezradności. W tej surrealistycznej atmosferze nikogo nie może dziwić szczere zdumienie marszałka, że redaktor poważnie traktuje słowa pisowskiego polityka. Czy to się komuś podoba czy nie, wicemarszałek Niesiołowski reprezentuje powagę RP – niestety, jego wypowiedzi powodują, że to też brzmi groteskowo.
Inne tematy w dziale Polityka