Zatem nie dziwota, że nie zamierza również zostać ofiarnym kozłem. Z różnych względów nie chce występować w roli żadnego z wyżej wymienionych stworzonek. Gdyby jednak zechciał, z powodzeniem zagrałby rolę puszczyka, o którym to ptaszysku dawniej sądzono, że zwiastował nieszczęście.
Były przewodniczący klubu parlamentarnego Platformy wie aż nadto dobrze, że nie jest żadnym wyjątkowym egzemplarzem w swojej partii. Po perypetiach Misiaka, Karnowskiego, Palikota, Grasia nie trzeba tego udowadniać. To po prostu widać, słychać i czuć, bo to nawet nie jest tajemnica poliszynela. Zwyczajnie, koń, jaki jest, każdy widzi.
Starzy prominenci we władzach Platformy, począwszy od premiera, który jednym tchem składa nowe obietnice i łamie stare, aż do jego osobistego przybocznego, co od pół roku nie może się przed opinią publiczną rozliczyć z dozorcostwa, znają się jak łyse konie i ulepieni są z jednej gliny.
Czy można się zatem dziwić, że Chlebowski, do tej pory równiejszy wśród równych, otrząsnąwszy się z pierwszego szoku po ujawnieniu przez CBA stenogramów jego konszachtów z szemranym biznesmenem, doznał wstrząsu wtórnego, gdy spostrzegł, że jego partyjni koledzy nie dość, że pozostawili go samemu sobie, to jeszcze usiłują zbić polityczny kapitał na jego potępianiu.
Tak, jakby do tej pory nie mieli pojęcia kto on zacz, a teraz nagle ich oświeciło i przejrzeli na swoje oczy. Gowin natychmiast upozował się na rzymskiego senatora, co najmniej Katona, autorytet moralny Palikot zatyka nos z obrzydzeniem, a sam premier sprawia wrażenie, jakby dopiero co spadł z księżyca, pierwszy raz Chlebowskiego ujrzał na oczy i zastanawia się, jakim cudem ten człowiek znalazł się tak blisko niego.
Były szef klubu i komisji finansów zdaje sobie oczywiście sprawę, że wielka polityka już się dla niego na zawsze skończyła, ale trudno mu się pogodzić, żeby już do końca życia pełnił rolę społecznego pariasa. A tak by się stało, gdyby biernie przyglądał się, jak jego rzekomo bezgrzeszni koledzy pompują się krytyką jego procederu, sami na jego tle z upodobaniem pozując na opoki moralne.
Z utratą publicznego i politycznego znaczenia można się wcześniej czy później pogodzić, ale być napiętnowanym do końca życia dla pokrycia ludzi, którzy nie są wcale lepsi, to psychologicznie nie do zniesienia. A Zbigniew Chlebowski ma strasznie dużo wspomnień do przekazania, pewnie nikt w Platformie nie ma więcej, może z wyjątkiem Comandante en Jefe i jego druha Schetyny. I niekoniecznie muszą to być reminiscencje z afery hazardowej – dowodem uwaga o Czorsztynie, która rzucona jakby mimochodem w wywiadzie, podziałała przecież jak kij w mrowisku.
A takich uwag, aluzji, spostrzeżeń z głupia frant w czasie przesłuchania przed komisją rzucić można bez liku i można śmiało się zakładać, że każda z nich stanowić będzie przyczynek do publicznego prania brudów obywateli z partii obywatelskiej. Zupełnie bezzasadne jest stwierdzenie, że Zbigniew Chlebowski swoją nadmierną gadatliwością w wywiadach dla mediów zamknął sobie powrót do polityki. Mosty spalił za sobą już wcześniej, dając się podsłuchać w familiarnych rozmowach o procedowanej ustawie ze skazanym łapówkarzem. Wcale zatem nie walczy o powrót na salony rządowe czy parlamentarne.
Z drugiej strony nie jest jeszcze zgrzybiałym starcem i nie uśmiecha mu się być do końca życia napiętnowanym wyrzutkiem politycznym i społecznym. Świetnie zdaje sobie sprawę, że sam nie będzie w stanie się wybronić przed całkowitą kompromitacją. Stąd się biorą gęste aluzje, niedwuznaczne sygnały i zarzuty do posłów Platformy, którym, trzeba przyznać, nie brakuje bezczelności. Celuje w tym zwłaszcza poseł Palikot, gdy wytyka Chlebowskiemu pozostawanie w szeregach partii. Można się spierać, czy niepamięć Chlebowskiego do osób wymienianych w rozmowach jest bardziej groteskowa i niewiarygodna niż przekonywanie, że emeryci i studenci wpłacają olbrzymie sumy na kampanię wyborczą Palikota.
Z tym, że Chlebowski w polityce raczej nie ma już nic do stracenia, a moraliści z Platformy mają do stracenia wszystko. Na tym polega przewaga byłego szefa klubu PO i demonstruje ją swoim partyjnym kolegom bez ogródek. W przełożeniu na zrozumiały język mówi im – musicie mnie bronić jak siebie samych. I ja jestem pewny, że oni go posłuchają, właśnie dlatego, że wiedzą, że on wie.
Afera hazardowa zdarzyła się na bardzo wysokim poziomie rządowym i parlamentarnym. Jej prominentni uczestnicy ze szczytów władzy Platformy szachują się nawzajem swoją wiedzą i powiązaniami. Dlatego nie przewiduję w tym przypadku zastosowania metody kozła ofiarnego, może uda się to jakoś rozwodnić, ale nikogo nie uda się rzucić na pożarcie, ale też nikt nie uratuje się samodzielnie. Trzeba się ratować lub tonąć wspólnie. Jedynym wyjściem jest zatem omerta, czyli druga Sycylia. Zresztą, podobnie jak druga Irlandia, też wyspa.
Inne tematy w dziale Polityka