Jak Polska długa i szeroka, w Płocku, Warszawie, Zielonej Górze i gdzie tam jeszcze wzrok sięga, Zbigniew Ziobro triumfuje. Nie ujawnił tajemnicy państwowej, nie naciskał, nie podsłuchiwał nielegalnie, nie zniszczył laptopa, nie usuwał dokumentów, a nawet nie podżegał Barbary Blidy do samobójstwa.
Od dwóch lat elity III RP, których przyrodzona nadzwyczajność i bezkarność zostały zakwestionowane przez pisowskiego ministra, urządziły na niego prawnicze polowanie z nagonką medialną. Handicap wrogowie Ziobry mieli potężny - jego partia w opozycji, a przy władzy zakamieniały wróg Kaczyńskich , ulubieniec zjednoczonych mediów i bożyszcze wielbicieli świętego spokoju na styku biznesu i polityki. Wszystko to poparte nienawistną determinacją oraz najbogatszym z możliwych arsenałem sił i środków prawno-administracyjnych, łącznie ze służbami specjalnymi i usłużną postkomuną , która z największą skwapliwością w tej nagonce bierze udział.
Wydawać by się mogło, że nic nie uratuje byłego ministra sprawiedliwości przed zemstą dotkniętych do żywego autorytetów moralnych. I nic, zero, nul, wszystko wzięło w łeb. Kompletna plajta, klapa, kryzys, krach, jak pisał poeta. Trudno sobie wyobrazić większą klęskę i chyba nawet adwersarze Ziobry nie są w stanie tego do tej pory pojąć.
A przecież to nie jest tylko kilka nieudanych śledztw, mniejsza o to, takie rzeczy się zdarzają. Istota tej katastrofy i jej najdotkliwszy aspekt jest w tym, że Zbigniew Ziobro został z góry osądzony i skazany przez mainstream zaraz po przegranych przez PiS wyborach w 2007 roku i rozpętano przeciwko niemu największą chyba w dziejach III RP medialną kampanię oszczerstw. Bez porównania dłuższą , intensywniejszą oraz bardziej brutalną niż jakakolwiek kampania wyborcza w przeszłości.
Tymczasem okazało się dzisiaj, że na nic wysiłki najbardziej wprawnych towarzyszy z SLD, jak Zemke, który nawet wsparty przez ABW nic nie wskórał (a już ukuto zgrabny bon mot - „totalne podsłuchowisko”); psu na budę się zdali najwierniejsi z wiernych prokuratorów; niepotrzebnie się trudziły gorliwe aż do śmieszności komisje sejmowe. Wszystko po to, żeby urobić opinię publiczną, żeby wymiar sprawiedliwości się nie zawahał, gdy przyjdzie ważyć winy i roztrząsać wątpliwości.
Naprawdę trzeba sobie uświadomić monstrualną skalę tej medialnej akcji, żeby docenić, jak wiele położono na szalę w przypadku polowania na Zbigniewa Ziobrę. Ze świecą chyba trzeba w Polsce szukać osoby publicznej, znanej z opozycyjnych poglądów wobec braci Kaczyńskich, która nie wykupiłaby propagandowej cegiełki dla pognębienia byłego ministra w rządzie PiS-u. Najbardziej znani publicyści pisali i ogłaszali Ziobrę nieomal faszystą i zbrodniarzem, przytaczali niezbite argumenty, dowody, co i raz pojawiały się sensacyjne doniesienia o nowych okolicznościach, które już, już pognębią delikwenta raz na zawsze.
Tymczasem ostateczne rozwiązanie kwestii ziobrowskiej nie nastąpiło i chyba nikt już nie wątpliwości, że nie nastąpi. I jak teraz to wszystko nazwać, czym tu straszyć, jak to odkręcić, żeby nie wyjść na idiotę ? Pewnie niejeden usłużny żurnalista zadaje sobie to pytanie i z utęsknieniem spogląda w stronę niezawodnej dotychczas centrali publicystyki symultanicznej, która przecież w tym temacie wiodła prym.
A centrala nie ma dobrych wiadomości, coś tam niemrawo psioczy na prokuratorów, że przedkładają dobro służby nad interesem publicznym; a to że prawo mamy źle skonstruowane (ale konstruktorów jakoś nie wymieniają po nazwisku); a to słaby nadzór sądu. Ba, w przypadku udostępnienia akt afery paliwowej Jarosławowi Kaczyńskiemu, nawet specjaliści z Gazety Wyborczej nie są w stanie się nadziwić horrendalnej głupocie tego zarzutu. Platformiany myśliwiec z komisji nacisków spektakularnie kompromituje się prawniczą ignorancją na oczach publiczności przed ekranami telewizorów. Eseldowski łowczy z kolei, z komisji badającej okoliczności śmierci swojej partyjnej koleżanki, przez wiele miesięcy epatuje rzekomymi przełomami w śledztwie, które okazują się mniej warte od papieru, na którym je spisano.
Taka specyficzna medialna akcja wspomagania wymiaru sprawiedliwości przeciwko Zbigniewowi Ziobrze toczy się od dwóch lat, a jej przesłaniem jest znana skądinąd zasada, że gdy się kogoś wytrwale i dostatecznie długo obrzuca błotem, to w końcu musi się coś przylepić. Zresztą, akcja nie została przerwana mimo klęski mocodawców w sądach i prokuraturach, toczy się dalej. Tak bowiem działają łże-media i trudno o bardziej adekwatną nazwę.
Zbigniew Ziobro obok braci Kaczyńskich uosabiał w największym stopniu ideę IV RP, stąd ta bezprzykładna nienawiść do niego ze strony beneficjentów dożywotnich elitarnych statusów, przywilejów i układów. W tym kontekście nasze państwo, III RP, jeśli rozumieć je jako konglomerat władzy oraz prorządowej elity i mediów, po prostu bezprecedensowo się zeświniło. Rząd nadzorujący prokuraturę, media kibicujące rządowi i prorządowe autorytety będące filarami tego partyjno-medialnego dealu, usiłowali z powodów politycznych zniszczyć człowieka, gdyż zagraża hegemonii układu. Ich kultura nie zabrania robić takie polowania.
Inne tematy w dziale Polityka