„Polski nie stać na marnowanie zasobów kadrowych. Każdy, kto może Polskę reprezentować z dobrym skutkiem, każdy, kto kiedyś pełnił jakąś rolę, nawet w obozie konkurencyjnym, może przynieść efekt”. W ten sposób, w marcu tego roku tuż przed wyborami do europarlamentu, Donald Tusk prezentował nową politykę personalną rządu.
Dziwny traf, a może okoliczności polityczne tak się skomplikowały, że ówczesne określenie premiera „każdy”, na dzień dzisiejszy oznacza już jedynie Włodzimierza Cimoszewicza, bowiem tylko jego polityczna przyszłość nieustannie pozostaje przedmiotem szczególnej troski obecnego szefa rządu. Mimo że przecież pozostało jeszcze co najmniej parę osób spoza Platformy, które mają porównywalne walory co Cimoszewicz – ot, choćby Rokita, Olechowski, Dorn albo taki Oleksy, który podobno „Wyklęty powstań ludu ziemi” może zaintonować w pięciu językach.
A tu masz ci los, premierowi w głowie tylko ten jeden zasób kadrowy, o innych już nie wspomina. Brylant jakiś, czy co ? Chodzą słuchy, a nawet sam premier się wypowiedział wczoraj, że zamierza spożyć prywatną kolację z tym swoim ulubionym wybrankiem do ważnych funkcji państwowych. Przy okazji posiłku premier obiecuje sobie pogawędkę o dawnych czasach, „co mogły cieniem położyć się na relacjach między nami”.
To bardzo eleganckie, a nawet wręcz wykwintne słownictwo oznacza po prostu, że Tusk chce pogadać o sytuacji z 2005 roku, z okazji ówczesnych wyborów prezydenckich, kiedy to Konstanty Miodowicz, druh serdeczny, przyprowadził do komisji orlenowskiej taką jedną Jarucką z kwitem na Cimoszewicza, co spowodowało bezprecedensowe i niechlubne wycofanie się kandydata SLD z kampanii wyborczej do Puszczy Białowieskiej.
Widocznie wtedy Tuska jeszcze było stać ma marnowanie zasobów kadrowych. Ale takie numery ludzie pamiętają długo i namiętnie, zwłaszcza w polityce. Mnie dzisiaj najbardziej zafrapował tytuł z tekstu na ten temat w Gazecie Wyborczej, w którym stawia się pytanie, czy Tusk przeprosi swojego kadrowego faworyta ? I tu jest pies pogrzebany, bo niby za co ma przepraszać - że kwit na żubra z Białowieży był sfałszowany, co orzekła potem prokuratura ?
A skoro był sfałszowany, to ktoś go musiał sfałszować - cudów nie ma, sam się przecież nie sfałszował. Owszem, Platforma cuda obiecywała przed wyborami, ale nie aż takie, żeby przyznawać się do fałszowania dokumentów. Tymczasem obecnie takie czasy nastały, że nawet w cztery oczy nie można się zwierzać, bo jak wiadomo, diabeł teraz nie tkwi w szczegółach, lecz w mikrofonach.
Zatem rozmowa obu adwersarzy dotyczyć będzie raczej zadośćuczynienia za tamten numer, niż skruchy i żalu, to pewne. Premier obecny będzie namawiał premiera byłego, żeby ten ostatni nie kandydował w najbliższych wyborach prezydenckich, a tym samym nie zagroził jego kandydaturze, zaś groźba jest niesłychanie realna. A trzeba przyznać, że póki co, wszystkie tuzy ma w ręku były premier – akurat w tej kwestii obecny premier ma same blotki. Bo co tu dużo dywagować - jeśli na najbliższym, grudniowym zlocie SLD starsi towarzysze pogonią młodego towarzysza przewodniczącego Napieralskiego i przeforsują poparcie dla Cimoszewicza i jego linii, to ów bankowo wystartuje w wyborach.
Mając zaś za sobą poparcie SLD, jego struktury i wiatr nowej nadziei dla postkomunistów w żaglach, Cimoszewicz pójdzie jak burza, a wtedy nie tylko nie dałbym głowy za powodzenie Tuska. Ba, nie dałbym nawet złamanego szeląga. Dlatego szef rządu Platformy musi nakarmić białowieskiego żubra jeszcze przed zimą, czyli najpóźniej do grudnia. Potem już będzie za późno, żadna polityczna synekura w kraju nie zadowoli Cimoszewicza, gdy będzie miał realną perspektywę sukcesu w wyborach.
Tyle, że znając monstrualne ego naszego żubra, jest problem czym go skarmić, żeby się odczepił od myśli uczestnictwa w elekcji. Naprawdę, bardzo się musi postarać Donald Tusk w tym przypadku, bo sam delikwent niby mimochodem napomknął, że „wtedy oczekiwał i teraz oczekuje od premiera jakiegoś odniesienia się do tej sytuacji”. Gorzej nawet, bo wspominał też o „poważnej przewinie natury moralnej” ze strony Platformy.
Tak to wygląda, że Cimoszewicz spodziewa się od Tuska czegoś w rodzaju Canossy połączonej z hołdem pruskim plus jeszcze dodatkowo województwa podlaskiego w dziedziczne władanie. Póki co, premier powinien zacząć ćwiczyć pokorę w pozycji klęczącej. No, chyba, że znowu wtrąci się ojciec redaktor ze swoim dawnym hasłem - wasz prezydent, nasz premier. Wtedy stryjek Donald zamieni siekierkę na kijek.
http://wyborcza.pl/1,76842,7231619,Tusk_przeprosi_Cimoszewicza_.html
Inne tematy w dziale Polityka