seaman seaman
249
BLOG

Kto cierpi na chorobę niskiej frekwencji wyborczej ?

seaman seaman Polityka Obserwuj notkę 28

Drogą mozolnej dedukcji logicznej doszedłem do wniosku, że demokracja w naszym kraju najlepiej miała się za czasów PRL-u, a to ze względu na bardzo dużą frekwencję wyborczą.   Do takiej zaskakującej konkluzji doprowadził mnie tekst w pewnym przewodnim tytule prasowym, w którym autor biadał, iż mała frekwencja to choroba demokracji.

Nie jest to żaden ewenement, takie zdanie, że demokracja traci, gdy duży procent wyborców nie bierze udziału w wyborach, jednak nikt nie udowodnił, że nieobecni przy urnach w sposób znaczący zmieniliby wynik.   Czy dwadzieścia milionów ignorantów zagłosuje mądrzej niż dziesięć milionów ignorantów ?   Na pewno nie, ale jest dwa razy więcej potencjalnych ofiar do manipulacji.   Przecież bez względu na frekwencję, same wybory zawsze będą bardziej miarodajne niż tysiąc sondaży przedwyborczych.

Tyle że w kontekście merytorycznym, nawet najbardziej wolne wybory nie są celem demokracji.   Istotą demokracji, jak twierdził już dawno temu mądry Francuz, nie jest sam wolny wybór jako taki, lecz dobry wybór. W tym sensie istotny wpływ dużych mas ludzkich na wynik wyborów nie jest wcale tak pozytywny ani dobry, jak by się na pozór wydawało.

Z jakiej racji masowość uczestnictwa, która we wszystkich albo z nielicznymi wyjątkami,  prawie we wszystkich dziedzinach życia społecznego raczej obniża jego jakość, ma być pozytywnym wyjątkiem w demokratycznym procesie wyborczym ?   Żeby nie być gołosłownym - na wyłonienie możliwie największej ilości sportowych talentów, którzy mogliby zdobywać laury światowe, ma niewątpliwie wpływ masowe uczestnictwo w klubach sportowych, treningach i zawodach.    I co byście na to powiedzieli, gdyby wprowadzić zasadę, że po zakończeniu meczu, gdy znany jest już wynik, ostateczny werdykt o zwycięstwie wydawaliby kibice w tajnym głosowaniu ?

Otóż podobny przypadek zachodzi w procesie demokratycznych wyborów – bardzo niewielu reprezentantów jest wybieranych przez olbrzymią masę kibiców, którzy przecież w zawodach nie uczestniczą, a mają wybierać nie na podstawie umiejętności zawodników, których nie znają, lecz na podstawie opinii trenerów, czyli w tym wypadku partyjnych szefów.   Tak to wygląda - kibice obserwujący w telewizorach te specyficzne zawody polityków, wybierają reprezentantów kraju.  Tymczasem każdy przyzna, że wiedza telewizyjna nie jest żadnym wskaźnikiem kompetencji w sprawach polityki, zwłaszcza w czasach, gdy partie zawierają sojusze z mediami.

Co demokracji  szkodzi, że głosują tylko ci, którzy mają wiedzę i chce im się poznać swoich faworytów.   Po co i komu potrzebne są masy wyborców nie mających zielonego pojęcia o meritum ?  Odpowiedź brzmi - tylko i wyłącznie do manipulacji.   To bardzo dobrze, że nie chodzą na wybory ludzie nie potrafiący i nie chcący, z różnych zresztą powodów, wyrobić sobie zdecydowanego poglądu na kandydatów, a w związku z tym poddających się manipulacji w mass mediach.

Nawoływanie do masowego udziału w wyborach nazwałbym bzdurą, ale to nie jest bzdura, to jest manipulacja.  Niewątpliwie zależy na tym politykom biorącym czynny udział w elekcji, gdyż liczba oddanych głosów stanowi o mocy pozycji wybranego posła, legitymizuje poparcie i może się na nie powoływać.  To jest powód, że przy okazji wszystkich wyborów w jednej, jedynej sprawie politycy się wypowiadają zgodnie, właśnie w kwestii namawiania do udziału w głosowaniu. 

Podkreślanie wagi dużej frekwencji przez różnych macherów ma również na celu odwrócenie uwagi od znikomego znaczenia dla demokracji faktu, że ktoś kompletnie nierozumiejący polityki, jej zależności, nierozróżniający programów i kandydatów, że jego głos ma jakąkolwiek wagę merytoryczną.   Tymczasem prawdziwe znaczenie dla medialnych prestidigitatorów ma tylko plastyczna masa ignorantów, podatna na urabianie przez media.

Nie pamiętam już nazwiska tego posła ani jego partyjnej przynależności – w pamięci utkwił mi jedynie procent wyborców z jego okręgu, który na niego zagłosował, dzięki czemu dostał się do parlamentu - dokładnie 0,5% (słownie: pół procenta) !   Taki wynik dał mu mandat do reprezentowania okręgu, w którym uprawnionych do głosowania było chyba około trzech czwartych miliona ludzi !   I cóż z tego, skoro na jego konkurentów pofatygowało się głosować jeszcze mniej osób.   A gdyby zagłosowało na niego 20%, to byłby lepszym reprezentantem ?   Może w tamtym okręgu nie było lepszych kandydatów, a może byli, ale nie chcieli uczestniczyć w politycznej farsie, jaką są wybory w demokracji partyjnej ?

To, że ludzie lekceważą fasadowe instytucje demokracji, jakimi bez wątpienia są listy partyjne kandydatów , to jest jak najbardziej objaw zdrowia psychicznego narodu, a nie choroba.   Kilkanaście lub co najwyżej kilkadziesiąt osób w całym kraju decyduje na kogo wolno nam głosować - to jest dopiero przykład patologii w demokracji, co tam mała frekwencja !   Przecież nikt dysponujący odrobiną pomyślunku i zdrowego rozsądku nie może brać poważnie systemu, w który podobna historia jest możliwa.   A to jest demokracja partyjna właśnie, ustrój panujący w naszym kraju, w którym jeśli posiada się dosłownie kilka tysięcy znajomych i ma się ochotę oraz medialne możliwości przeciągnąć ( bo przecież nie przekonać) ich do głosowania na siebie lub na swoje ugrupowanie, to można dojść do władzy.

To tyle na temat reprezentatywności demokracji , która jest chyba jeszcze bardziej kretyńskim mitem niż masowość w wyborach.  Stado ignorantów, którym wmówiono, że nie wrzucając kartki do urny wyborczej raz na cztery lata, sami sobie szkodzą i nie mają potem prawa narzekać na swój los, to prawdziwa skarbnica  dla politycznych szalbierzy w demokracji partyjnej.


 

http://wyborcza.pl/1,75968,7231905,Politycy_zyskuja__demokracja_traci.html

seaman
O mnie seaman

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (28)

Inne tematy w dziale Polityka