seaman seaman
78
BLOG

Ni to awers, ni rewers, coś na kształt świdra

seaman seaman Kultura Obserwuj notkę 0

„To gówno i fałsz !  Tu nie tylko nie ma prawdy, lecz jest antyprawda !  Opisujesz przesłuchanie w UB – jest świetne, ale to kolorowa baśń(...) Nawet chamstwo i prostackość stają się pod twoim dotknięciem barwne, frapujące, wciągające (...)

My w Krakowie nie widzieliśmy na oczy oficera UB, a mimo to ludzie tak się tam wzajemnie depczą i gniotą, i dławią własnymi rękami, że życie jest piekłem(...) kogo obchodzi płytkość twego potoku życia, mikroskopijność twego środowiska, tych kilku dziennikarzy, pisarzy artystów i ich ekskluzywne naczynia seksualne, wobec otchłani gówienności, ogromu mizerii, która wyrosła komunizmowi na jakichś diabelskich drożdżach, i w której toną wszyscy, i oni, i my. 

Gdzie to jest w twojej pisaninie, gdzie nędza gigant – komunizmu, która nie ma nic wspólnego z ekonomią, zaś wszystko z metafizyką ?” -  taką gwałtowną krytykę wygłosił Stefan Kisielewski pod adresem swojego przyjaciela Leopolda Tyrmanda, gdyż wściekł się na jego atrakcyjny, podkoloryzowany opis życia w komunizmie.

A Tyrmand przyznał mu rację.  Ponieważ było to w roku 1954, zatem możemy przyjąć, że wiedzieli, co mówią. Od czasu, gdy w latach osiemdziesiątych przeczytałem „Dziennik 1954” Tyrmanda, czekam na film, który chociaż w przybliżeniu pokaże „ogrom mizerii” ludzkiej, o której krzyczał wówczas Kisiel.  Kolejny raz dałem się nabrać, a to dzięki wrzawie wokół filmu nagrodzonego głównym trofeum na festiwalu w Gdyni.

Nie wiadomo dlaczego, ale z wrzawy wyłowiłem zachwyty nad świeżym spojrzeniem, nowatorstwem w polskim kinie i tym podobne peany nad rzekomo odkrywczym obrazem Lankosza.  Co zobaczyłem ? Zobaczyłem wtórność nad wtórnościami, czyli nawiązanie do starego już pomysłu Włocha Roberto Benigniego, żeby coś, co w powszechnej świadomości kojarzy się z traumą przedstawić jako farsę.  Jednak Benigni kręcąc „Życie jest piękne” poszedł na całość, można powiedzieć - po raz pierwszy ktoś przemówił językiem komedii o tragedii Zagłady, odważnie i bez rozterki złamał tabu namaszczonej powagi opowiadania o ludobójczym terrorze.

Natomiast Bart i Lankosz nie dość, że skorzystali z nienowej koncepcji, to postanowili dodać coś więcej, co moim zdaniem ten film jeszcze więcej pogrążyło.  Przede wszystkim pomieszali klasyczną komedię z groteską, a to daje dokładnie ten sam skutek co mieszanie wina z wódką – kto przeżył, to wie.  Ja przez cały film miałem uczucia mieszane i do końca żadne nie zdobyło zdecydowanej przewagi.

Drugą rzeczą fatalną jest obowiązkowy zestaw polityczno-poprawnościowy, który musi się znaleźć w filmie autora aspirującego do czegoś więcej niż kasa, czyli do aprobaty salonu.  Jest zatem sympatyczny - oczywiście niewątpliwie - homoseksualista i to niejeden;  są odpowiednio obrzydliwie ukazane stosunki seksualne heteryków;  chutliwy dyrektor kasuje karierę młodego zdolnego poety, ale też w końcu wychodzi na szlachetnego komunistę, gdy go UB zabiera...

Zupełnie niewiarygodna jest postać Sabiny, która zmienia się jak w kalejdoskopie - z potulnej szarej myszy w zdeterminowaną morderczynię bez chwili wahania;  z kompletnej idiotki na przemian połykającej i wydalającej tę samą monetę przeistacza się w wyrafinowana znawczynię poezji;  gęś biurowa bez krztyny inicjatywy i śmiałości nagle zaczyna latać po Warszawie z kośćmi narzeczonego pod pachą. 

W jednej scenie z klasyczną inteligencką ironią traktuje podpitego buchaltera pretendującego do jej ręki, w następnej zachwyca się roztropkiem z awansu społecznego, któremu słoma z butów wyłazi przy każdym ruchu. Agonia strutego ubeka – nie wiadomo, czy się śmiać, czy płakać, ale przede wszystkim nie wiadomo, po co tak długo mamy to oglądać ?

Z drugiej strony być może nie jestem obiektywny, bo nie cierpię groteski, taki mam feblik od zawsze i nic na to nie poradzę.  Tak jak nie znoszę zupy pomidorowej z ryżem(przypadłość nabyta w stołówce prawdopodobnie), tak nie znoszę groteski w sztuce.  No więc może to uprzedzenie również jest przyczyną, że wyszedłem zawiedziony. 

Jest jeden duży plus – nie zobaczyłem tandetnej martyrologii i namaszczonego łzawego patriotyzmu, ale tego akurat się nie obawiałem, bo wcześniej usłyszałem w postępowym medium, że autor filmu unika łatwych osądów.  No to już wiedziałem, z czym się nie będzie wychylał i czego unikał.  Obejrzałem kolorową, w sposób groteskowy udziwnioną opowieść o komunizmie, ale próżno szukać w filmie tego, co tak bardzo przerażało Stefana Kisielewskiego w roku 1954.

seaman
O mnie seaman

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Kultura