317 obserwujących
1190 notek
3705k odsłon
  2360   0

Zdalne sterowanie

Już nawet nie pamiętam, kiedy zauważyłem, że gdy wpadnie mi do ręki Gazeta Wyborcza, to zaraz niczym bumerang wraca do mnie fraza Mandelsztama i mam nieodparte wrażenie, że ja sam wpadłem w łapy humanistów. Wiem na pewno, że podobne odczucie manipulacji przy wertowaniu tego organu ma wiele osób, niekoniecznie przekonanych prawicowców. Wystarczy, że starają się myśleć samodzielnie, to znaczy korzystają z własnego rozumu przy czytaniu informacji, a nie żywią się wyłącznie komentarzami. Jednak nie jest prawdą, że proceder tam uprawiany, to odmiana makiawelizmu tak subtelna, że niedostępna przeciętnemu odbiorcy.

Kiedy ruszała tegoroczna kampania prezydencka, Adam Michnik podpisał – między innymi - listę poparcia Jarosława Kaczyńskiego i ogłosił to w Gazecie Wyborczej. Niestety, redaktor został natychmiast oskarżony o zdradę oraz koniunkturalizm i zmuszony był w prostych żołnierskich słowach zarzekać się przed swoimi fanami, że  nie chce powrotu IV RP, nie chce żyć w państwie PiS (Podejrzliwości i Strachu), a zagłosuje na Bronisława Komorowskiego. Okazało się bowiem, że przesłanie jego gestu, którego wiarygodności tu nie oceniam, jest zbyt skomplikowane dla wiernych czytelników.

Zatem organ z Czerskiej nie może być diabolicznie pokrętny z oczywistego powodu – żeby skutecznie urabiać opinię publiczną, konieczny jest szeroki front zrozumienia, a to wyklucza wyrafinowane metody. Jeżeli ma się ambicję bycia inżynierem ludzkich dusz w skali masowej, to trzeba się oprzeć na filarach manipulacji nieskomplikowanych ponad masową miarę. Prosta nieprawda, niecała prawda i prawda zmiksowana z nieprawdą na ogół wystarczają, żeby skutecznie robić wodę z mózgu.

Elementarz

Temat jest tak przerażająco obszerny, że nie wiedząc, od czego zacząć, postanowiłem to zrobić najuczciwiej jak można, czyli od osobistego doświadczenia. Tak się złożyło, że w czasach, kiedy jeszcze uczęszczałem na polityczne imprezy różnej maści, znalazłem się wraz ze znajomym na wiecu założycielskim pewnej partii. Duża hala mogąca pomieścić sześć tysięcy osób zapchana nieludzko, do granic możliwości. Na drugi dzień napisano o dwóch tysiącach ludzi obecnych na wiecu, co niedwuznacznie wskazywało na nikły odzew wobec nowej inicjatywy politycznej. Można sobie wyobrazić, że w podtekście takiej informacji zasadne jest pytanie, czy warto brać udział w przedsięwzięciu, które zaczyna się od falstartu? Znajomy jest raptus, więc odgraża się, że nie odpuści tak prymitywnego oszustwa i dzwonimy do redakcji lokalnego wydania. Na drugi dzień kolega pcha mi przed oczy efekt naszej interwencji – przysłowiowym krakowskim targiem stanęło na czterech tysiącach uczestników...Ile osób czytało dość obszerną notatkę o mityngu w ogólnopolskim wydaniu, a kto zauważył maleńkie, połowiczne zresztą, sprostowanie?


Metoda na „Radio Erewań”

Do różnych kategorii nieprawdy wymienionych powyżej dochodzi granie emocjami i strachem, ponieważ poczucie zagrożenia skłania ludzi do reakcji paranoidalnych i do przyjmowania na wiarę, bez głębszej refleksji, najbardziej absurdalnych tez.

Nieco ponad dwa lata temu opinią publiczną wstrząsnęła nagłośniona w Gazecie Wyborczej sprawa czternastolatki, która zaszła w ciążę w rezultacie gwałtu, a odmówiono jej zabiegu w państwowym szpitalu. W pierwszym tekście na ten temat, który ukazał się w sobotnim wydaniu, Agnieszka Pochrzęst pisała o ofierze gwałtu, której szpital odmówił zabiegu. Powiadomiono bowiem prokuraturę, a ksiądz i organizacje antyaborcyjne, którzy rzekomo zawiadomienie złożyli, nie dają spokoju zaszczuwanej przez siebie dziewczynce. Odmówili aborcji zgwałconej 14-latce – grzmiała w tytule Gazeta Wyborcza.

Już w poniedziałek okazało się, że nie było gwałtu ( a zatem i ofiary); nie odmówiono zabiegu, tylko dziewczynka sama wycofała zgodę w rozmowie z ordynatorem; prokuraturę zawiadomiła szkoła, a rzekomo zaszczuta przez księdza Agata utrzymuje z nim stały kontakt telefoniczny. Jednak i tym razem tytuł był równie wojowniczy: - Wojna o ciążę 14-latki. Oba te teksty zestawione razem można by potraktować jako odzwierciedlenie w realu anegdoty ze sławetnego Radia Erewań, gdyby nie chodziło o życie ludzkie.

Jak później wyjaśniała Wyborcza, wojna była o prawo wyboru, a przeciwko wywieraniu presji ideologicznej na dziecko. Jest bowiem oczywistością, że jak się namawia do urodzenia dziecka, to oznacza naruszenie swobody wyboru, a kiedy proaborcyjny rwetes robi  Federacja na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny  na spółkę z Gazetą Wyborczą, to wtedy jest swoboda wyboru.

Na klasycznych faktach prasowych, które w ogóle nie miały miejsca, zbudowano opowieść o dziecku pozbawianym swoich praw. Nieletnia ofiara gwałtu, zaszczuta przez ciemnogród szuka ratunku u państwa, które pod presją tegoż ciemnogrodu odmawia jej pomocy należnej według prawa, które samo ustanowiło. Prawie nic z tego nie zgadzało się z rzeczywistością, ale doskonale nadało się do opowieści proaborcyjnej w odcinkach pod hasłem naruszenia wolności wyboru. Kiedy w końcu czternastolatka usunęła ciążę, znikła z mediów. Bo to już była prywatna sprawa Agaty. Tak to zwykle bywa po kampaniach prasowych, których cele zostały osiągnięte.

Lubię to! Skomentuj31 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale