To inny mit naszego Universum.
Zupełnie niedawno temu, kanclerz pobliskiej , niewielkiej galaktyki , doznał swego rodzaju olśnienia, albo jak sam wolisz - iluminacji. W wyniku wielu sprzecznych relacji i wykluczających się możliwości, uznał, że nie jest możliwe budowanie intergalaktycznej Federacji, bez utraty Atrybutów. A dla mieszkańców galaktyki, tej malusiej, Atrybuty - rzecz święta, bo krwią i blizną wywalczone, wydarte obcym, nienawistnym, złodziejom ich wolności. Zamartwiał się nasz kanclerz niesłychanie, bo ambitny był, dumny i bardzo rozsądnie upatrywał swą dalszą indywidualną fortunę w samym centrum wydarzeń, dla których jednak jego świat, to były peryferia.
Kłóciła się więc jego dusza z ambicją, rozsądek z podszeptem gorliwych doradców, a on sam - z innymi kanclerzami, których koniecznie chciał mieć za przyjaciół. Gdy doszło do roztrzygnięć, doradcy jak to doradcy, poukrywali się ,gdzie kto i jak tam mógł, jeno echo szeptów ich wirowało w salonie. Kordegarda była pusta. Wierni oficerowie odeszli , symbolicznie kalecząc policzek, iżby spoliczkowani, więc i wolni od wszelkiego byłi.
Tak doszło do pomieszania bezidei z bezradnością, bezczynności z bezsiłą. Odkrył kanclerz, że najboleśniejsze w jego prerogatywach , jest mówienie prawdy swemu ludowi. Mówienie wiarygodne na tyle,aby naród wiedział, że tak znaczy tak, a nie - nie. W jego kanclerskich, demokratycznych, ustach karminowych. Podszedł do bogatego trema w kordegardzie, spojrzał na człowieka prze sobą; widok ten poruszył go i rozczulił dogłębnie. Kim-że był ? Pionkiem na arenie dziejów, władcą, o którym mimo chęci, wkrótce zapomną. Ci , jemu wdzięczni i owi niechętni, nawet wrogi jego.
Popatrzył raz jeszcze i pomyślał : czas na roztrzygnięcie. Jakże mam być, jeśli chcę mieć. I polały się łzy rzęsiste z kreatywnego PR-u. Pojął bowiem oto nasz kanclerz D'thuscu PIERWSZĄ ZASADĘ AMBIWALENCJI, ogłoszoną dawno, dawno temu przez jego Mistrza i promotora : JESTEM ZA , A NAWET PRZECIW.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)