dr Włodzimierz Nikitenko dr Włodzimierz Nikitenko
451
BLOG

Oddech śmierci

dr Włodzimierz Nikitenko dr Włodzimierz Nikitenko Nauka Obserwuj temat Obserwuj notkę 0

Życie to tylko długotrwała

                     ... a g o n i a

 

                / Emile C.Cioran /

 

 

 

 

 

 

            Już francuski „historyk śmierci” – Philipp Aries twierdził, że zjawisko śmierci w życiu każdego człowieka próbowano „oswajać” bodajże przez wszystkie minione do tej pory wieki i epoki. Generalnie, życie od momentu urodzenia i wydania pierwszego przez nas krzyku, jak by nie patrzeć, jest jednocześnie już pierwszym faktycznym krokiem do nieuchronnego zbliżenia ku śmierci, która czeka na nas w ostatecznym finale tegoż istnienia. Sens takiego jak najbardziej racjonalnego rozumowania, polega na bezwzględnym przyjęciu właśnie bieżącego porządku rzeczy jako zwykłego aksjomatu.[1] Bez żadnego zbędnego strachu, paniki bądź też najmniejszej emocjonalnie rozbudowanej trwogi. Tak po prostu było, jest... i póki co być na razie musi.

Już wiek XX miał wyraźnie to do siebie, że śmierć, pomijając oczywiście totalną tragedię pierwszej jak i drugiej wojny światowej, nieprzewidziane zdarzenia losowe oraz zwykłe wypadki komunikacyjne i wszelkie inne, tak naprawdę dla znacznej większości ludzi, następowała przeważnie w „szpitalu”. To miejsce właśnie stało się jednym z ważniejszych punktów finiszu, na kończącej się, każdemu z nas osobno, mapie życia. Zanim jednak, zaczęło to być swoistą regułą, historia musiała przebyć dość odległą drogę w czasie i zrozumieniu. Otóż, gdy powstawały pierwsze „lecznice” (późniejsze „szpitale”),[2] służyły one najpierw, jak można się łatwo domyślić nie ludziom wielkim, znaczącym i zamożnym. Takich, „od zawsze” stać było na zupełnie indywidualną opiekę, pomoc i wsparcie medyczne w progach własnego domu, ale przede wszystkim, z pomocą biednym i całkiem ubogim. Właściwe początki dziedziny „szpitalnictwa”, to dość zamierzchła, a nawet bardzo odległa starożytność.

W chwili obecnej, mimo dziesiątek badań i różnorodnych dowodów, bardzo trudno precyzyjnie określić, czy pierwsze z nich, w znanej nam „kulturze śródziemnomorskiej” powstały w Egipcie, czy może w Rzymie, a może jeszcze głębiej w dziejach, począwszy od początku ludu Etrusków, jeżeli nawet nie wciąż tajemniczego państwa Sumerów na terenie Azji Mniejszej. Wiele dowodów pisanych przyjmuje natomiast za fakt, że początkowo tworzone były one przede wszystkim ku potrzebom tzw. „mówiących narzędzi”, czyli – niewolników, w celu właściwego „zabezpieczenia tegoż jednak <cennego mienia> warstw posiadających”... Tym bardziej, że faktyczna cena „dobrego” (silnego, zdrowego, młodego i pracowitego) niewolnika, nigdy nie pozostawała, jak dotąd, bez znaczenia. Stąd taki „drobny zabieg naprawczy”, dla ciągłego podnoszenia, a właściwie utrzymywania wysokiej jego wartości dla posiadacza. Niewolnik, niby nie człowiek, ale również jednak chorował, ulegał wypadkom, słabł, starzał się...

W miarę upływu czasu, wspomniane „lecznice”, przyjmowały charakter coraz częściej tzw. „valetudinarii” (łac.: szpitale).[3] Towarzyszyły najczęściej okolicom dużych skupisk niewolników, jak i miejsc walk prowadzonych przez ówczesne legiony rzymskie. Oczywistym i naczelnym ich zadaniem, było na pewno „uzdrawianie”, za pomocą niesienia doraźnej pomocy poprzez tzw. „naprawę” fizyczno-psychiczną rannej bądź kontuzjowanej „masy żołnierskiej”, dla wciąż rosnących i niezaspokojonych potrzeb jak najdłuższego zachowania pełnych sprawności fizycznych wielkich armii i prowadzonych podbojów.

Najprawdopodobniej, pierwszym miejscem w ówczesnej Europie, gdzie w sposób wyrazisty udzielano doraźnej pomocy medycznej, nazywając ją określeniem zbliżonym do „leczenia chorych”, była w roku 356 naszej ery miejscowość Sebast bądź Sebest (a może: Seben w pn.-środk. Turcji, w pobliżu miejscowości Bolu), nazywanej często także obszarem Azji Mniejszej. Kolejnym, ale za to znacznie większym i sławniejszym, okazały się w około 13 lat później, przedmieścia Cezarei w Kapadocji (także na terenie obecnej Turcji). Otóż tam, na powierzchni średniej wielkości „osiedla”, zaistniał rodzaj pierwowzoru „nowożytnego szpitala”. Co ciekawsze, nie był on już przeznaczony tylko i wyłącznie dla wojska, ale nade wszystko, dla zwykłych, zmęczonych życiem przeciętnych ludzi. Całkiem pospolitej masy społecznej, wśród której przeważali chorzy, niedołężni, niepełnosprawni, bezdomni i ubodzy, by nie powiedzieć wręcz – zupełnie kompletni nędzarze, jak i wiecznie wędrujący ku miejscom wielkiego kultu religijnego samotni pielgrzymi. Otóż w tym miejscu, mieli szansę doznać serdecznej i całkowicie darmowej (charytatywnej) opieki i pomocy, podyktowanej najczystszym darem „szczerego serca”. Założony ośrodek, istniał pod nazwą o brzmieniu podobnym do: „xenium” (łac. hospicjum; chodzi najprawdopodobniej o pierwowzór takiego właśnie miejsca).[4]

Bezsprzecznie, był to rodzaj wielce charakterystycznego i zupełnie bezinteresownego daru opieki człowieka ku drugiemu człowiekowi. W tym miejscu można było nie tylko uzyskać prawdziwą i skuteczną pomoc medyczną, ale nawet w zupełnym spokoju „zaczekać” na śmierć, bez obciążania najbliższych uciążliwą opieką, zaangażowaniem i wcale niemałymi kosztami.

Założycielem tego zbawiennego dla wielu przybytku, nazwanego nawet z czasem – „miastem miłosierdzia”, był nader wrażliwy i głęboko religijny, około 40 letni zakonnik wyznania prawosławnego (wschodniorzymskiego). Osoba duchowna – biskup, późniejszy święty – Bazyli Wielki, wywodzący się właśnie z Cezarei. Zakonnik ten sam pochodził z wielodzietnej i ubogiej rodziny, która żyła na obszarach Kapadocji. Stąd pewnie jego wielkie zrozumienie dla typowej sytuacji ludzi biednych, bezdomnych i „zapomnianych”.[5] Jako duchowny, cechował się niewyobrażalnym wprost miłosierdziem ku bliźnim. Jego postępowanie przyczyniło się zapewne do budowy fundamentalnych wzorców godnych naśladowania dla współczesnej jemu epoki, jak i czasów późniejszych, aż do nam obecnych.

Klasycznym wzorem tego konkretnego zdarzenia, zaczęły, wprawdzie początkowo bardzo nieśmiało, ale jednak, powstawać podobne ośrodki, w różnych innych miejscach Europy i nie tylko, które „od teraz” nazywano czasami nawet imieniem ich pierwszego twórcy – „bazylejami”.[6]

Wiek X-XI spowodował bardziej powszechne, niż dotąd, tworzenie tego typu miejsc w innych także miejscach Azji Mniejszej, również Afryki, ale i Europy. Znane są zapiski historyczne „nowoczesnych szpitali” już okresu wieku X z obszarów zajętych chociażby przez Arabów, m.in.: Damaszku, Bizancjum, Kairu, Bagdadu, Kordoby. Przy czym zaznaczyć warto, że najczęściej były one już dzielone na pierwsze upodabniające się do obecnych specjalistycznych oddziałów, zróżnicowanych w zależności od rodzaju występującego schorzenia. Mało tego, dysponowały nawet dość często własnym punktem aptecznym (najprawdopodobniej głównie opartym o faktyczne „dary Natury” – zioła, mniej chyba, na przygotowywanych gotowych miksturach chemicznych), jak i wyznaczonymi salami do prowadzenia „praktycznych warsztatów” dla przyszłych medyków. Te miejsca z kolei nazywano: „iatreiami”.[7]

Wiadomo skądinąd, że w okresie lat około 770 naszej ery, równolegle powstał w Bagdadzie, najprawdopodobniej jako jeden z pierwszych, „szpital” dla osób z zaburzeniami umysłowymi. Jak wiadomo, osoby takie do tej pory, dość powszechnie poniżano, szczuto psami, wypędzano poza obręb miasta, bito, naśmiewano się z nich, perfidnie szydzono Być może, był to pierwowzór obecnego „szpitala psychiatrycznego”. Szpital ten zwano: Mar el –Stine. Kolejną placówką tego typu, był najprawdopodobniej szpital Ibn Tulun, który powstał w roku 875 na terenie Kairu.[8]

Zasadę tworzenia różnorodnych miejsc opieki, w pełni podtrzymują i zawsze biorą pod swoją opiekę w szerszej skali, także tworzące się wówczas reguły i zakony różnorodnych wyznań religijnych, w tym także rycerskie, m.in.: Cystersów, Joanitów, Templariuszybądź osławionych Krzyżaków. Od tej pory, ten wielce godny powielania i chwalebny zamysł, staje się jednym z pierwszych pożądanych przymiotów wśród cnót najprawdziwszego stanu rycerskiego, który nie tylko miłosierdzie głosi, ale i stara się zapewnić niesienie zawsze pełnej i najszerzej rozumianej pomocy bliźniemu...

Na ziemiach polskich, jak przekazują źródła, ta pierwsza bezinteresowna „pomoc społeczna” w dziejach chociażby pierwszej korony polskiej – Bolesława Chrobrego, wyglądała nawet tak: „najmował i opłacał prokuratorów, aby służyli mizernym ludziom w ich sprawach, aby wdowy i sieroty nie byli pokrzywdzeni”; Książę Przemysł I natomiast: „w każdy Wielki Czwartek kazał skrycie przyprowadzać nocą ubogich, którym umywał nogi wycierając je ręcznikiem i całując, a ciała jadłem i napojem pokrzepiał”. W ten sposób, obok wielkiej ówczesnej idei tworzenia klasztorów i budowania świątyń, budowano z większą bądź mniejszą świadomością kolejne podstawy „ludzkich” zasad „humanitaryzmu”.[9] Generalnie, w okresie wieku XI-XII ofiarność możnych i książąt, kierowała się bardziej bezpośrednio ku stanowi duchownemu, bądź tworzeniu świątyń i ich uposażaniu, bądź w inicjatywie i realizacji zakładania klasztorów i wpierania sióstr i braci zakonnych. Dopiero te właśnie materialnie ukształtowane instytucje lokalne, mogły w pełni realizować odwieczną posługę wobec drugiego człowieka, poprzez pośredniczenie w szeroko rozumianym niesieniu pomocy bliźniemu. Świadczono dość powszechnie wtedy opiekę, ograniczając się zazwyczaj do tzw.  „jałmużny[10] (zachęcał do niej Synod Legacki już w roku 1279). Tym bardziej, że głoszone i interpretowane wówczas źródła, m.in.: Żywot św. Wojciechabądź Żywot św. Stanisława, wręcz eksponował hojność, w stosunku do ludności ubogiej i potrzebującej. Ludności, wśród której wcale nierzadko występowały osoby kalekie i upośledzone. Klasycznym przykładem takiej „wielkiej, jak i niekończącej się posługi” była późniejsza wielka księżna Śląska – św. Jadwiga, żona księcia Henryka I Brodatego.[11]

Postanowieniem Zjazdu Łęczyckiego z roku 1180, jak i Synodu Legackiego z roku 1248, w sposób wyraźny zakazywano zarówno przemocy, jak i odbierania żywności ubogim, oddając ich jednocześnie pod troskliwą opiekę archidiakonów i biskupów. Z kolei Synod Sieradzki z roku 1262 pod groźbą nawet kary ekskomuniki, zabraniał możnym pobierania dodatkowych danin od wdów. Jednocześnie zalecał stanowi duchownemu, szczególnie biskupom – nosić szaty skromne, oraz konfiskować wszelkie ozdoby na rzecz utrzymania biednych (wg postanowień Synodu Legackiegoz roku 1279). Można przypuszczać, iż najprawdopodobniej idea ta przeniosła się na ziemie polskie wraz z zachodnimi zakonnikami, dość „tłumnie” przybywającymi w większości z obszarów Europy Zachodniej, a ściślej – z ówczesnej Dolnej Lotaryngii oraz Flandrii. Na pewno taką pomoc, nawet wielokrotnie udokumentowaną, niosły ubogim wszelkie klasztory mnisze, jak chociażby m.in.:

- klasztory benedyktynówm.in.: Tyniec, Sieciechów, Łysa Góra, w określone dni w tygodniu stosowały zgodnie z regułą zgromadzenia: „z wszelką pieczołowitością troszczyć się o chorych, gości, dzieci  ubogich”, rozdawnictwo przy furcie obfitej jałmużny;

- klasztory cysterskiem.in.: Trzebnica, Kamieniec, Lubiąż, Henryków, Pelplin, Koronowo, usytuowane przede wszystkim w okolicach pobliża lub bezpośrednio na wsi, bardzo szeroko rozwijały swoją działalność wspierania potrzebujących. Co środę i sobotę rozdawano przy furcie chleb dla ubogich;

- analogiczną politykę wsparcia stosowały opactwa premonstratersówm.in.: w Żaganiu, Wrocławiu i Nowogrodzie. [12]

Coraz częściej również od tej pory, zaczynają pojawiać się na ziemiach polskich – hospitale – budowane w oparciu o wzory niemieckie i francuskie. Nie były to dosłowne szpitale, ale raczej postać „domów” dla starców, dla ubogich, dla pielgrzymów, dla chorych i wreszcie... dla bezdomnych. Ich pra-początki w państwach Zachodu sięgają właśnie około IV wieku (od „bazylei”). Na rodzimych ziemiach polskich, tak właściwie dopiero od wieku X-XII. Faktycznie owe – szpitale klasztorne, inicjowali sami możnowładcy przy tworzonych fundacjach klasztornych dla swoich podległych lenników. Zapewne jednymi z pierwszych takich obiektów były klasztor i szpital w okolicach Oławy i Środy Śląskiej. Ich twórcą natomiast, był benedyktyński zakonnik i mnich, późniejszy św. Andrzej  Świrad, który takie miejsce założył w latach 1000- 1010 w okolicach Oławy przy kościele swojego imienia. Także jednym z najstarszych tego typu miejsc, był bezsprzecznie szpital zakonny we Wrocławiu, prowadzony od roku 1108. Kolejny powstał najprawdopodobniej około roku 1152 w Jędrzejowie. Jedno z pierwszych „hospicjów[13] natomiast, powstało w pobliżu kościoła pielgrzymów pod wezwaniem Matki Bożej w okolicy Środy Śląskiej. Na podobnych zasadach, istniał stary klasztor pod wezwaniem św. Wojciecha. Miał swoją placówkę szpitalną w okolicach Rawy od roku 1473. Od tego również roku, sugerując się czynem benedyktynówz Mogilna, książę Bolesław Kędzierzawy polecił wybudować podobne hospicjum w pobliżu jednej z głównych tras przewozowych spływu towarów w pobliżu Włocławka. Miejscowi benedyktyninazwali później tę miejscowość – Szpetal.[14]

W Europie Zachodniej, najprawdopodobniej jednym z pierwszych tego typu „źródeł opieki”, był w Londynie z roku 1123 szpital pod wezwaniem św. Bartłomieja. Znacznie później, bo w roku 1231 powstało podobne miejsce w Paryżu pod nazwą – „Hotel Dieu”, zbudowany z poręki Ludwika XII. Natomiast w akwenie Morza Śródziemnego, a ściślej we Florencji, zaistniał szpital św. Marii Nouva.[15]

Generalnie, od tego praktycznie momentu – obowiązku niesienia doraźnej pomocy bliźniemu – wkraczamy w dość zawiły i nad wyraz poważny dylemat. Otóż tak, jak w starożytnym Sumerze bądź Egipcie, kapłani – lekarze kiedyś, tak i współczesna medycyna, wraz z całym swoim przygotowanym naukowym, zasilanym najnowszym osprzętem medycznym obecnie, każdą, ale to każdą absolutnie śmierć, odbiera zawsze w kategoriach własnego, kompletnego oraz całkowitego braku posiadanych kompetencji, czyli... faktyczną i miażdżącą w całej rozciągłości porażkę.

Zaplecze osobowe współczesnej medycyny, posiada przecież coraz większe i obszerniejsze kompetencje wiedzy. Może praktycznie korzystać w pełni ze zdobyczy każdej istniejącej dziedziny nauki i służącej jej, a przecież wielce pomocnej człowiekowi, techniki. Mimo to, wciąż nie potrafimy w sposób zdecydowany i w pełni świadomy przeciwdziałać zjawisku śmierci. Pierwszą i najważniejszą bez wątpienia rolą najnowocześniejszego nawet szpitala, wraz z całym jego personelem medycznym, jest przecież ratowanie, polegające na swoistym „przedłużaniu”, by nie powiedzieć „podtrzymywaniu” życia. Nawet wtedy, gdy przypadek zyskuje miano „beznadziejny” i nie rokuje już „żadnej najmniejszej chociażby odrobiny nadziei”. Faktycznie lekarz pozostaje tym, który jak kapitan schodzący ostatni z tonącej jednostki, do końca powinien podejmować przecież wciąż czynną i na wskroś bezwzględną walkę ze śmiercią. Nawet wówczas, jeżeli z różnych względów, nie pozostaje chociażby w najmniejszym odcieniu zaangażowania w ten proces osobiście.

 

Trochę na jeszcze bardziej „uproszczonych” zasadach, niż w typowo rozumianym „szpitalu”, ma się problem natomiast w „hospicjum”. Miejscu, gdzie serdeczność i życzliwość stanowi na pewno, jedną z fundamentalnych podstaw istnienia tego właśnie miejsca tzw. „spokojnej śmierci”. Ten trochę inny „szpital”, występował dotąd w formie wewnętrznej. Ukrytych jakoby przed normalnym życiem, zwykłych i powszechnych szpitali, pod postacią „oddziału zamkniętego”. Spełniał zadania między innymi pieszczące faktyczny „narcyzm[16] zjawiska śmierci, najczęściej w postaci „izolatki[17].

Nasz rozwój cywilizacyjny, poprzez coraz większą krztę swobody rozumienia i wzrastająca coraz bardziej świadomość ludzka, pozwoliły w końcu na ich wyodrębnienie i zaistnienie, jako całkiem osobnej, integralnej i ostatecznej w ziemskim życiu przybytku wartości. Tej samej wartości, którą każdy człowiek praktycznie, choć przed swoim ostatnim już „wejściem” (a może jednak „wyjściem”?), ma szansę odczuć jako szacunek, zrozumienie, życzliwość i serdeczność. Ma również tę niepowtarzalną, bo może jedyną szansę, odczuć swoje jakże prawdziwe, bo najpełniejsze powiązanie z grupą społeczną – ludzką. Niejednokrotnie niestety, a coraz częściej ostatnio, sam wśród obcych i nieznajomych bliżej i bezimiennych w większości twarzy. Ten rodzaj osobliwego „szpitala”, to oczywiście, a nawet bezsprzecznie coraz popularniejsze miejsce na wskroś społeczne. Dosłownie: „hospicjum” to „dom gościnny”. Dom, w którym można oczekiwać na własną, spokojną, a czasami niecierpliwą śmierć. Gdzie nie ma już konieczności uczestniczenia w „odwiecznym życiowym wyścigu szczurów społecznych”. Człowiek nie musi w końcu być tam ani oszukiwany, ani łudzony, że „jest dobrze”, jeżeli właśnie akurat jest odwrotnie. Nie jest zmuszony by patrzeć, słuchać i doznawać aktu łaski bądź litości, jeżeli nie ma na to już ani większej cierpliwości, ani najmniejszej ochoty...

Wiek XXI, wkraczając w swój czas, został pozbawiony, by nie powiedzieć „obdarty” doszczętnie z tradycyjnego, określonego systemu wartości. Coraz częściej już „bez najmniejszych ogródek”, wyzbywa się możliwie najszybciej ludzi starych , chorych i umierających z tzw. „widoku publicznego”. Charakterystyczna dla czasów nam współczesnych, coraz częściej pozostaje na pewno próba bezwzględnej ucieczki od śmierci, której pełno w codzienności. Oczywiście z pominięciem sytuacji określanych jako „konieczne” dla publicznego odbioru – między innymi: wypadek drogowy, morderstwo, publiczne samobójstwo... Przeciętni ludzie, umierają zazwyczaj z dala od swoich bliskich, przyjaciół i znajomych, w samotności i zaciszu sal szpitalnych, a właściwie – izolatki. Śmierć w dobie obecnej, stała się po prostu „nie modna”, jeżeli w ogóle nie „na topie”, używając żargonu współczesnych „dwudziestoletnich” i nie tylko...

Obecna, najwłaściwsza „pomoc” w chwili śmierci, jaką zapewnia społeczeństwo osobie umierającej, to bezwzględne unikanie spotkań i odwiedzin u niej, począwszy od członków najbliższej rodziny, do przyjaciół lub tylko znajomych włącznie. Placówki medyczne, wymawiając się z jednej strony faktycznym nawałem pracy, z drugiej strony przeważnie zapewniają w tym przypadku dyskretne unikanie wchodzenia do sali osoby umierającej, rozmów z nią, bądź serwowaniu różnych środków jeszcze odurzających, a postrzeganych powszechnie jako „uspakajające” lub „przeciwbólowe”. Śmierć pozostaje coraz częściej na pewno zjawiskiem odbieranym jako: krępujące, wstydliwe, niepożądane, a nawet wręcz szkodliwe dla szerszej zbiorowości i odbioru. Niby czas ostatniej wojny światowej, znów maksymalnie zbliżył jej straszliwe oblicze w najprzeróżniejszych postaciach, przy całkowitej i zupełnej odsłonie z wciąż ukrywanej, nieprzeniknionej tajemniczości, przerażenia, a nawet – skrajnego okrucieństwa.

Współczesne gry szczytu elektroniki dla dzieci i młodzieży, im są tragiczniejsze i wypełnione przesadnym nawet obrazem krwi, bądź rozszarpywania „na strzępy”, tym uznaje się je za lepsze i lepiej punktowane w kategorii ceny i dreszczyka emocji, oraz najwyżej szeregowane na „liście przebojów”. Czyż nie jest to akurat jeden ze skutecznych sposobów, by społeczeństwo wszelkimi możliwymi i dostępnymi siłami oraz środkami jak najszybciej, najpewniej i najskuteczniej oddzielić od zjawiska nieuniknionego faktu śmierci. Jedynie w powstających wciąż, może faktycznie w „żółwim czasie”, ale jednak, hospicjach, można spokojnie rozmawiać na temat śmierci, jej istoty, oraz jej niezaprzeczalnej obecności w naszej normalnej i powszechnej codzienności...

Może właśnie dlatego, coraz bardziej powszechna staje się wreszcie w XXI wieku tzw. „medycyna paliatywna”, zajmująca się przypadkami, gdzie współczesna nauka medyczna, na razie przynajmniej, nie potrafi skutecznie pomóc, ani zapobiegać, ponieważ człowiek rzeczywiście zmierza nieodwracalnie ku śmierci. Na pewno obecny świat, wciąż przyspiesza swoje tempo. Wyposaża nas we wciąż coraz to nowsze i lepsze oraz bardziej błyskotliwe i cudowne wynalazki, odkrycia naukowe, wspaniałe cuda najnowszej techniki i myśli ludzkiej. Jednocześnie także nieuchronnie i wciąż nas zabija w coraz większym stopniu już nie tylko jednostki, ale całe setki, tysiące, a może nawet... miliony istnień ludzkich. Masowo chociażby produkowaną prawie-że całkowicie sztuczną żywnością, wszelkiego rodzaju używkami, chemią ubrań (nie wyłączając coraz bardziej toksycznej i rakotwórczej bielizny osobistej, która ponadto doprowadza do bezpłodności), jak i przedmiotów codziennego użytku, z elektroniką włącznie. Człowiek nieprzerwanie powoduje dziesiątki i setki niekończących się tragedii, katastrof i innych tragicznych w skutkach zdarzeń. Ciągle się spieszy. Jest coraz to mniej dokładny, bo czegoś zapomniał albo uważał, że jest to mało ważne, bo najważniejsze były jak zawsze przecież, tylko... pieniądze. Popada w choroby, bądź tylko zgadza się na wymyślane nowe „schorzenia”, ponieważ tak właśnie najprościej i najlepiej wytłumaczyć swoje głęboko indywidualne złe nawyki, skłonności i przyzwyczajenia, jak chociażby między innymi: alkoholizm, pedofilia,[18] seksoholizm. Brak jakichkolwiek norm moralnych coraz bardziej prowadzi rzędy ludzkie do kompletnego i w pełni wyuzdanego hedonizmu.[19] To ciągle modne istnienie „tu i teraz”, staje się dosłowne. Nieważne, że co krok historia potwierdza, że stan taki doprowadzał do upadku nie tylko jednostki i narody, ale całe cywilizacje, w całej historii rodzaju ludzkiego. Niestety, prawdziwa i faktyczna „mądrość” przychodzi wreszcie, ale zazwyczaj dopiero z wiekiem niekiedy z bardzo odległym, by nie powiedzieć – zupełną starością. Chyba to staje się przyczyną tak wielu znowu powszechnych tragedii, nieszczęść i śmierci, a tutaj... chciałoby się jeszcze chociaż trochę wtedy pożyć...

Wciąż niekończący się ciąg coraz cięższych i coraz bardziej powikłanych chorób z pogranicza podłoża psychicznych i fizycznych frustracji, uświadamia nam dopiero „małość i kruchość” człowieka oraz jego jak się ostatecznie okazuje, niezwykle krótkiego i burzliwego życia. Mało tego, bardzo często powoduje nieodwracalną już „terminalność[20] tych schorzeń. Niestety, najczęściej „na naprawę” jest już o wiele za późno. Nawet najbliższe osoby zazwyczaj odsuwają się wówczas od nas, jeżeli do tej pory z nami w ogóle wytrzymały. Ba, nie chcą nam podać nawet pomocnej ręki. Pozostaje jedynie – „hospicjum”. Miejsce, gdzie za niewielkie pieniądze prawdziwie nieuleczalnie chory spotyka się z czymś, na co absolutnie swoim dotychczasowym życiem zasłużył bądź też nie. Ze szczególną, bo czysto ludzką i troskliwą opieką w postaci nawet tzw. towarzyszy śmierci. Ludzi zazwyczaj całkiem obcych choremu, którzy z własnej i nieprzymuszonej woli chcą spędzić przy nim bardzo wiele swojego indywidualnego i prywatnego czasu. Czynią to nie tylko-że bezinteresownie. Starają się swoją obecnością pomóc w ten sposób osobie umierającej. Zapewnić jej komfort godności bycia człowiekiem „do samego końca”, wśród otaczającego ją pędzącego wciąż bezustannie, a jednak „szarego” społeczeństwa.

Współcześni psycholodzy i socjolodzy twierdzą, że „śmierć godna” ta najwłaściwsza, to śmierć w towarzystwie osób serdecznych i czułych na wszelkie odruchy ludzkie. Tym bardziej, że obecna technizacja życia w najdrobniejszych jego przejawach, za pomocą wszelkich dostępnych sobie środków, m.in.: telewizji, internetu, filmu, prasy, prezentuje wciąż śmierć jako przemoc, gwałt, agresję, lęk i przerażenie. Mało tego, stara się spłycić jej znaczenie do zupełnej nicości, by spokojnie spowodować jej ostateczne „wyrzucenie” w końcu poza nawias społecznej tolerancji i przyzwolenia na jej publiczne demonstrowanie. Dowodem na to, jest chociażby coraz rzadsza asysta „domowników” przy umieraniu, a następnie przy zwłokach umieszczanych zazwyczaj od razu, w momencie śmierci, w kostnicy. Dzieci na tego typu uroczystościach, pojawiają się także coraz rzadziej, a jeżeli już, to symbolicznie i dopiero w trakcie końcowej uroczystości widoku cmentarza. Przerażającym zjawiskiem śmierci we współczesnej dobie życia, staje się także fakt, iż problematyka niemalże w pełni staje się coraz bardziej zakazaną, choć do niedawna jeszcze wiązano ją nawet... z pograniczem intymności.

Niestety, bardzo wielu współczesnych ludzi uważa, że zjawisko śmierci jest na pewno czymś bardzo odrażającym, ukrytym jeszcze, nie wiadomo do końca dlaczego, za nieprzeniknionym woalem jakieś niezrozumiałej, a nawet niepojętej w ludzkich kategoriach tajemnicy. To odrażające pojęcie zjawiska, bierze się z całej wciąż wątpliwej „otoczki”, posiadanej przez nas wiedzy na temat samej śmierci. Ktoś musi przecież po zmarłym chociażby posprzątać jego rzeczy „nasączone” autentyczną śmiercią, tożsamością, krwią, a nawet nie zawsze przyjemnym w odczuciu potem... co wywołuje swojego rodzaju na pewno ciąg przekraczania granic ludzkiego obyczaju, indywidualnego pojmowania czystości i higieny człowieka XXI wieku. Opinie tego typu, „wyposażają” rodzinę umierającego, w całkowicie akceptowane obecnie w społeczeństwie prawo, do usuwania z domu rodzinnego osób starych, chorych i umierających do szpitali, bądź właśnie do hospicjów. Wprowadzanie swojego rodzaju „stanu zapomnienia” do momentu śmierci, wśród stałych członków rodziny, że ktoś taki istniał i funkcjonował. Lęk towarzyszący temu „brudowi” bądź „zakażeniu” umieraniem, nie kończy się wcale na tym jednym zarzucie.

Kolejne nie mniej ważne zjawisko, to faktyczny strach przed patrzeniem, jak również przeżywanie obecności bólu, cierpienia, nieporadności wynikającej zarówno z postępującej choroby, jak i wieku. Czyż nie przebrzmiewa wciąż dostatecznie głośno hasło: „nic, a młodość szczególnie nie trwa wiecznie...”. Ileż codziennie w świecie samobójstw na tym podłożu, bo: „.. mam raka i nie chcę cierpieć”; „...nie chcę by patrzyli jak umieram”; ”...nie chcę obciążać rodziny kosztami choroby”; ”...oni nie mają czasu, ochoty i możliwości by zajmować się kaleką”, „nie mogę ich narażać na powiedzenie prawdy o tym, że umieram, bo nie przeżyliby tego”, „nie poradzę sobie z tym, że to już musi nastąpić”, „dlaczego spotyka to akurat mnie, tu i teraz”...

To bezwzględne, a zarazem bezczelne wprost obnażanie idei nieśmiertelności,[21] stworzyło z końcem wieku XX., a właściwie rozbudowało z początkiem wieku XXI, zupełnie nowy trend społeczny w postaci coraz wyraźniejszego tzw. „narcyzmu śmierci”. O ile sam „narcyzm” do tej pory pojmowano w kontekście słynnej przesadnej miłości i uwielbieniu samolubnym według mitologii greckiej, to ten obecny, jest zasadniczo od niego jednak bardzo różny. Obecny „zwolennik-wyznawca” tej „mody”, czy też kierunku, to przede wszystkim człowiek unikający absolutnie wszelkich zjawisk wiążących się ze śmiercią i procesem starzenia się, jak i samej starości. W następnej kolejności, to osoby poniekąd z pogranicza „hipochondrii[22], ciągle zainteresowane stanem swojego zdrowia, higieny, a przede wszystkim – własnego nienagannego, bo ciągle „niekończącego się” młodego wyglądu i sprawności fizycznej, jak i psychicznej. Za tym bezsprzecznie podąża między innymi szalona „moda” na dziesiątki operacji plastycznych, udoskonalanie ciała, poprzez jego chociażby silikonowanie, botoksowanie i coraz bardziej jawne preferowanie takiego sposobu zachowań i wydawania pieniędzy, aby tylko, chociaż trochę, chociaż na pewien czas, „odsunąć” od siebie: starość, niedoskonałość, zniedołężnienie, a w końcu – śmierć.

Ta rozszerzająca się nowoczesna „ideologia”, zmusiła do szukania przez obecne pokoleniach młodych ludzi, nie odkrytych i wciąż nowych ścieżek postępowania i dróg rozwiązywania wielu swoich problemów. Znaczna część współczesnej młodzieży (wg J.Piageta to jednak wiek aż do około 35-40 lat) goni za karierą, sukcesem i tzw. życia chwilą (ważne co „tu i teraz”...). Całkiem spora, inna część młodych ludzi, oddaje się inności w „rozsmakowywaniu” nowej specyficznej (jak wszystkie inne) subkultury chociażby „EMO”. Grup jednoczących osobowy typ coraz częściej osób charakteryzujących się dogłębnym rozmyślaniem istoty śmierci. Mało tego, dopełniających swój wygląd dość mrocznym obrazem „trupiego” wprost makijażu zewnętrznego z przesadnym „pobielaniem” twarzy i czarnym podkreślaniem wokół oczu.

            Jeszcze inni, odwracają uwagę od postępującej starości za pośrednictwem demonstracji zjawiska chociażby „białego seksu[23], bądź izolowania w hermetycznie społeczne grupki swoistych medytacji bądź praktyk filozoficznych, maksymalną ucieczką w naukę, aż do nieprzekraczalnych zdaje się granic schizofrenii[24] oraz wszelkich zaburzeń na tle nerwicowym...

A przecież śmierć, „od zawsze” tak naprawdę ukazuje, tylko marną kruchość człowieka w jego egzystencji życia, z całym pryzmatem chorego, ulegającego psuciu, gniciu i rozkładowi ciała; przykrego zapachu potu, smutnego i przygnębionego starością bądź chorobą wyglądu. Faktycznie, może to i nie jest najpiękniejszy obraz, ale naprawdę bez zbędnej sztuczności prawdziwy i rzeczywisty, dopiero wówczas jakże bardzo, bardzo nam bliski, bo jakże naprawdę... ludzki.

 

 

 

 

 

Literatura:

 

-  Fros H., Sowa F., Księga imion świętych, t. 6, Kraków 2007;

-  Górecki M., Prawda umierania i tajemnica śmierci, Warszawa 2010.

-  Hoever H., Żywoty świętych pańskich, Olsztyn 1989.

-  Kubisz R., Zarys ewolucji szpitalnictwa do XIX wieku; www.kwasnicki.prawo.uni.wroc.pl ; [dostęp: 11.03.2015]

-  Kumaniecki K.(red.), Słownik łacińsko-polski, Warszawa 1999.

-  B. Kumor, Z. Obertyński, Historia kościoła w Polsce, t. 1, (do roku 1764) ), cz. I do roku 1506, Poznań-Warszawa 1974.

-  Szymczak M.(red.), Słownik języka polskiego, t. 1-3, Warszawa 1978-1981.

- Widera-Wysoczańska A., Rozmowy o przemijaniu. Hermeneutyczna analiza psychologiczna doświadczeń człowieka, Wrocław 2000.

-  Woźniak B., Biedak w średniowiecznym przytułku, 14 czerwca 2009, [dostęp: 3.03.2015 r.]

www.encyklopedia.pwn.pl

 

[1]  Aksjomat –stwierdzenie uznane za oczywiste, prawdziwe, nie wymagające dowodów; pewnik, Szymczak M.(red.), Słownik języka polskiego, t. 1, Warszawa 1978, s. 24.

[2]  Szpital –zakład lecznictwa zamkniętego służący badaniu i leczeniu chorych wymagających stałej opieki lekarskiej i pielęgniarskiej, odpowiednich zabiegów leczniczych i diagnostycznych; Szymczak M.(red.), dz.cyt., t. 3, s. 424.

[3]  Valetudinarium –szpital; Kumaniecki K.(red.), Słownik łacińsko-polski, Warszawa 1999, s. 447.

[4] Xenium -podarek dla gościa; podarunek zobowiązujący do wdzięczności; „hospicjum” – chodzi najprawdopodobniej o pierwowzór tej nazwy, wywodzący się z łaciny; Kumanieccki K.(red.), dz.cyt., s. 464.

[5] św. Bazyli z Cezarei(329-379) – pochodził z rodziny, w której oboje rodzice i czworo spośród dziesięciorga rodzeństwa uznano świętymi; studiował prawo w Konstantynopolu i Atenach; w Poncie założył klasztor, którym kierował 5 lat; w roku 370 uzyskał święcenia kapłańskie i stanowisko arcybiskupa Cezarei; uzyskał tytuł – doktora Kościoła; Fros H., Sowa F., Księga imion świętych, t. 6, Kraków 2007; Hoever H., Żywoty świętych pańskich, Olsztyn 1989, s. 8-10.

[6] Woźniak B., Biedak w średniowiecznym przytułku, 14 czerwca 2009, [dostęp: 3.03.2015 r.]

[7] R.Kubisz, Zarys ewolucji szpitalnictwa w Europie do XIX wieku, http//www.kwasnicki.prawo.uni.wroc.pl ; [dostęp: 11.03.2015]

[8] Tamże,

[9] Humanitaryzm –postawa nacechowana poszanowaniem człowieka i jego godności, pragnieniem oszczędzenia mu cierpień; Szymczak M.(red.), dz.cyt., t. 1, s. 757.

[10] Jałmużna –datek ofiarowany ubogiemu jako uczynek miłosierny, zapomoga, wsparcie; Szymczak M.(red.), dz.cyt., t. 1, s. 820.

[11] B. Kumor, Z. Obertyński, Historia kościoła w Polsce, t. 1, (do roku 1764) ), cz. I do roku 1506, Poznań-Warszawa 1974, (s. 166-175); B. Woźniak, dz.cyt.,

[12] Tamże,

[13] Hospicjum –„gospoda”, „dom gościnny”; zakład opieki zdrowotnej zapewniający całościową opiekę nad chorym w terminalnym okresie choroby; www.encyklopedia.pwn.pl [dostęp: 24.01.2015, godz. 19.30]

[14] B.Kumor. Z. Obertyński, dz.cyt., s. 166-175

[15] Woźniak B., dz.cyt.,

[16] Narcyzm –bezkrytyczne zachwycanie się własną urodą, zakochanie się w sobie; Szymczak M.(red.), dz.cyt., t. 2, s. 283.

[17] Izolatka –w szpitalach, internatach, żłobkach itp. oddzielny pokój, w którym umieszcza się osoby chore lub podejrzane o chorobę zakaźną (lub śmiertelną); Szymczak M., dz.cyt., t. 1, s. 813.

[18] Pedofilia –zaburzenia seksualne, polegające na odczuwaniu popędu płciowego do dzieci; Szymczak M.(red.), dz.cyt., t. 2, s. 627.

[19] Hedonizm –doktryna etyczna, wg której przyjemność (rozkosz) jest jedynym lub najważniejszym dobrem, celem życia i naczelnym motywem działania; postawa życiowa oparta na tej właśnie doktrynie; Szymczak M.(red.), dz.cyt., t. 1, s. 729-730.

[20] Terminalność – „choroba terminalna” to termin medyczny określający chorobę, której sposoby leczenia są nieznane i która we wszystkich przypadkach nieuchronnie prowadzi do śmierci, albo tak zaawansowane stadium danej choroby, że nie można jej leczyć przyczynowo, a jedynie objawowo; działania mające na celu złagodzenie objawów takiej choroby; poprawę jakości życia chorego, określa się mianem „leczenia paliatywnego”; Stowarzyszenie Przyjaciół Chorych „Hospicjum”.

[21]  Nieśmiertelność –nie podlegający śmierci, nie umierający, wiecznie żyjący;  Szymczak M., dz.cyt., t. 2, s. 364.

[22] Hipochondria –chorobliwa, przesadna obawa o własne zdrowie, oraz przypisywanie sobie nie istniejących chorób, jak i wyolbrzymianie istniejących objawów chorobowych; może występować w nerwicach i psychozach; Szymczak M., dz.cyt., t. 1, s. 744.

[23] Biały seks – jedna z form unikania seksu przez młodych, jako wyraźny protest przeciwko wykorzystywaniu seksualnym kobiet

[24] Schizofrenia –z łac. rozszczepienie umysłu; choroba lub grupa chorób psychicznych o różnorodnych objawach, przebiegu oraz następstwach życiowych; www.encyklopedia.pwn.pl [dostęp: 24.01.2015 r., godz. 19.30]

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Technologie