Jednym z największych przeżytków PRL-u funkcjonującym w Polsce w niezmienionej postaci jest Karta Nauczyciela - stojąca ponad kodeksem pracy, regulująca zasady pracy nauczyciela. Na jej mocy nauczyciele mają zagwarantowane 2 miesiące urlopu (pomijając standardowy urlop) oraz 18-godzinny tydzień pracy (no, w praktyce bywa to i 20-kilka godzina, ale rzadko kiedy jest to więcej niż 30 godz.). Przypomnijmy, że dla większości pozostałych obywateli tydzień pracy wynosi zwykle dwa razy więcej (co najmniej).
W tym miejscu usłyszę z pewnością odgłosy oburzonych nauczycieli, że te godziny w szkole to jedno, ale oni muszą niezliczoną ilość godzin poświęcić w domu na sprawdzanie prac, przygotowanie się do lekcji, wywiadówki, wypełnianie dzienników, matury itd. itd. Jeszcze kto inny wspomni, że praca jest bardzo stresująca i dlatego trzeba móc odpocząć. Te argumenty pojawiają się za każdym razem, gdy ktoś próbuje dotknąć nauczycielskich przywilejów.
A jak jest w socjalistycznej Szwecji...
Osoby, które czytają często tego bloga, wiedzą, że przeważnie zajmuje się wytykaniem różnego rodzaju absurdów istniejących w Szwecji oraz opisywaniem rzeczywistego obrazu tego państwa opiekuńczego. Cóż, tym razem niech Szwecja posłuży za dobry przykład.
W Szwecji, kraju, w którym socjalizm jest zakorzeniony w ludzkiej mentalności dość mocno, nauczyciele traktowani są podobnie jak każdy inny zawód. Pracują od 8 do 16, po drodze dwie przerwy na kawę i godzina lunchu, i oczywiście lekcje. Nie ma czegoś takiego jak bliżej nieokreślona ilość czasu (wg naszych nauczycieli jest to „masa czasu") na siedzenie w domu wieczorem i sprawdzanie prac, przygotowywanie się do lekcji. To robi się w pracy. Nauczyciele mają swoje gabinety (zwykle siedzą po 2-3 osoby w jednym) i w nich, w godzinach pracy, zajmują się tym czym zajmują się nasi pedagodzy w domu (podobno). Oczywiście praca nauczyciela to nie tylko siedzenie na lekcji (o czym przypominają nasi ZNPowcy). Lekcje z uczniami stanowią ok. 30% czasu pracy, resztę stanowi praca w biurze - tzn. te wszystkie poprawiania, przygotowania itd. Płacę pobierają za jedne jak i drugie zajęcie - tak jak w każdym normalnym zakładzie pracy.
System ten sprawia, że problemy z ułożeniem planu lekcji są mniejsze, gdyż znika problem „okienek". Nasi nauczyciele nie lubią bardzo mieć np. zbyt dużej ilości przerw między lekcjami i z tego powodu osoba układająca plan musi się mocno nagimnastykować by tak wszystko ułożyć, by nikt nie był pokrzywdzony. Pomijam już tego typu życzenia jak to, że jeden chce w poniedziałki przychodzić na 10, a inny we wtorki to tylko może między 8 a 11. W szkole z np. 27-30 oddziałami jest ta autentyczny problem. W Szwecji ten problem odpada - nauczyciel może mieć zajęcia z jedną klasą o 9 rano, a następną lekcję o 13. Po drodze spędza czas w swoim gabinecie i zajmuje się np. sprawdzaniem prac, czy konsultacjami z uczniami. Na dodatek jest cały czas na miejscu. W Polsce jeśli uczeń chce porozmawiać z nauczycielem musi warować pod klasą, w której ma zajęcia, by go złapać zanim zacznie następną lekcję lub pójdzie do domu.
Nauczycielom, podobnie jak pielęgniarkom, spawaczom, inżynierom, czy maszynistom przysługuje urlop. Jeśli nauczyciel chce mieć wakacje w lipcu/sierpniu to jest to odliczane z jego urlopu. Poza tym w czasie wakacji nauczyciele siedzą w szkole (często jednak trochę krócej niż normalnie) i zajmują się tym, czym nasi nauczyciele zajmują się w tym czasie w domu - przygotowywaniem do nowego roku szkolnego. Pracuje się bowiem w pracy, a nie w domu. Tak samo jak maszynista nie pracuje w domu, czy np. lekarz nie zajmuje się w wolnym czasie wypisywaniem recept pacjentom z oddziału. Wywiadówki wliczane są do czasu pracy i za ten czas nauczyciele są opłacani.
Oczywiście egzaminy również nie są problemem większym - pilnuje się uczniów w ramach swojego czasu pracy.
Pytanie zatem moje do nauczycieli: „dlaczego tak nie może być w Polsce?" Nie trzeba by się już tłumaczyć, że „owszem w szkole krótko jestem, ale w domu pracuję". Wiadomo - takie tłumaczenie budzi uśmieszek i niedowierzanie większości osób. Znalezienie w szkołach wolnych pomieszczeń do pracy nie jest żadnym problemem i nie wiąże się z kosztami dużymi - na początek w jednym pomieszczeniu pracować może np. 5 osób. Zresztą - szczegóły to już dopracować mogą sobie szkoły same zawsze.
Przykład oszczędności: w Szwecji w ramach oszczędności zbija się różne szkoły (często oddalone od siebie 20 km) w całość z jedną administracją (w Polsce szkoły mogą stać na przeciwko siebie, a i tak w każdej pracuje osobny sztab sekretarek, księgowych, kierowników ekonomicznych i technicznych, dyrektorów itd.), a nauczyciele ewentualnie kursują między szkołami w poszczególne dni.
Zresztą, to tylko jeden z wielu przykładów, ale takie cięcia na administracji pozwoliłyby np. na znalezienie pomieszczeń dla nauczycieli.
Ważne jest zastanowienie się nad tym, czy jednak ten system rodem z socjalistycznej Szwecji nie jest klarowniejszy i jaśniejszy?
social.
PS
Stwierdzenia, że nauczyciele polscy pracują w domu, przygotowują się do lekcji, opracowują programy indywidualne i inne takie, proszę traktować bardziej jako cytaty wyjęte z ust naszych pedagogów. Przeżyłem w Polsce całą moją edukację podstawową i średnią (publiczną!!), a to wystarczająco dużo by wiedzieć, że mają one niewiele wspólnego z rzeczywistością. I właśnie z tego powodu duża część naszych nauczycieli nigdy nie będzie zainteresowana takim uczciwym sposobem organizacji swojej pracy.


Komentarze
Pokaż komentarze (43)