Wczoraj, komentując wypowiedź niejakiego Gdańszczanina, napisałem:
"Poglądy sędziów Trybunału, a nawet ich rzekoma współpraca z SB mają się nijak do prawomocności orzeczenia w sprawie ustawy lustracyjnej; istotna będzie argumentacja prawna, a prawo jest bezosobowe." Myśl wyrażona mętnie, przyznaję; spieszę więc z rozwinięciem.
Co jest przedmiotem trwającego w Trybunale Konstytucyjnym postępownia w sprawie ustawy lustracyjnej? Czy to postępowanie można porównywać do procesów przed sądami powszechnymi? Otóż przedmiotem oceny sędziów TK jest prawo, a dokładniej - zgodność aktu prawnego z konstytucją. Nie ma w tym postępowaniu oskarżonego, nie ma przestępstwa, nie ma interesów stron - ba, nie ma nawet stron! Żadna analogia do procesów przed sądem powszechnym nie ma uzasadnienia.
Trybunał Konstytucyjny nie jest - moim zdaniem - sądem, chociaż w swojej pracy stosuje procedury sądownicze. Trybunał Konstytucyjny należy do organów władzy ustawodawczej, a nie sądowniczej.
W szczególności: przypominanie Trybunałowi Konstytucyjnemu zasady, iż nie można sądzić we własnej sprawie, jest nielogiczne. Sędziowie Trybunału są obywatelami tego kraju i dlatego dotyczy ich osobiście każda ustawa, którą przychodzi im się zająć. A jednak w Konstytucji wprowadziliśmy do naszego ustroju tę instytucję. Po co?
Ano dlatego, jak sądzę, że chcieliśmy stworzyć w Polsce ustrój demokratyczny, a to wymaga, by praktykować zasadę prymatu prawa nad władzą. Cokolwiek mówią lub nawet szczerze myślą politycy, prawo nie jest po to, by rządowi łatwiej się rządziło, lecz po to, by było dokładnie odwrotnie - by kontrolować i ograniczać władzę rządu nad obywatelem.
Nieszczęście Polski polega na tym, że tak politycy, jak i spora część obywateli zdaje się nie rozumieć tej istoty demokracji.
57
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze (2)