Trochę żałuję, że dałem się wciągnąć atmosferze tej politycznej burzy, a że emocje nie sprzyjają myśleniu, palnąłem parę zdań bez sensu (jak choćby to, które słusznie wytknął mi tyci). Trudno, było, minęło. W istocie nadal się martwię, a nawet boję o przyszłość mojego kraju, bo burza lustracyjnych emocji wciąż wisi nad głową. Lud żąda lektury teczek SB. Politycy nie są w stanie oprzeć się tłumowi.
Tusk stwierdził we wczorajszej "Wyborczej": Nie wiem, w jakim celu PiS prowadzi taką politykę. Jedynym uzasadniem wydaje się strach przed otwarciem archiwów. Nie wiem, czego PiS się boi. Dziś coraz więcej ludzi dojrzało do poglądu prezentowanego przez PO, że należy te akta ujawnić. Uważam, że należy ujawnić je w pełni, bez żadnych wyłączeń. Ja wiem, czego się boję i dlaczego zaczynam się bać również Tuska. Otóż państwo dysponuje informacjami na temat życia setek tysięcy, jeśli nie milionów obywateli, w tym również mojego życia. I oto władze tego państwa zaczynają być zgodne, że należy te infomacje opublikować. Mogę się domyślić, co opublikują na mój temat, kwestie obyczajowe pomijając: na przykład, że żona ciosała mi kołki na głowie z powodu mojego zaangażowania w konspirację pod koniec lat siedemdziesiątych, bo zwyczajnie się bała (to nie spekulacje - SB próbowała wykorzystać moje stosunki z żoną przeciw mnie). Państwo, dla swoich celów, zamierza rzucić na żer gawiedzi informacje o moim życiu prywatnym, o moich poglądach, o moim sposobie życia, postawach politycznych, o złośliwości w stosunku do sąsiadów, wzajemnej zresztą... Takie potraktowanie mnie przez państwo nazwać wypada prześladowaniem. Lud będzie ukontentowany, ale dlaczego kosztem moim i tylu innych ludzi?


Komentarze
Pokaż komentarze